Zobaczyć Neapol i…

…i nie, nie umrzeć :) Zwłaszcza teraz. To jest jednocześnie bardzo dobry i bardzo smutny czas, żeby dodawać taki wpis*, bo wakacje się zbliżają, serce się rwie, a szans na podróż nie ma… ale zaległości i tak trzeba nadrobić. Miało być o Neapolu, będzie o Neapolu.

Do Neapolu, stolicy Kampanii udaliśmy się pociągiem, po tygodniu pobytu w Rzymie. Trochę o nim czytałam, co nieco słyszałam, ale zobaczyć na żywo, to zupełnie co innego. Neapol przywitał nas upałem. Piekielnym. Wysiedliśmy na dworcu i zaczęliśmy się kierować w stronę naszego lokum. Pierwsze wrażenie – dramat, przez głowę przebiegła mi myśl „co my tu będziemy robić ponad tydzień??„, ale nie przyznawałam się do niej nawet sama przed sobą. No nic. Trzeba to przeżyć…

Pierwsze dwa dni były trochę adaptacyjne, do rytmu życia tego miasta trzeba przywyknąć, wszystko jest tak bardzo inne niż to do czego jesteśmy przyzwyczajeni, przeraża i fascynuje jednocześnie, z czasem fascynacja zaczyna przeważać, choć dla nas część widoków była i tak nieakceptowalna do samego końca (myślę tu oczywiście o śmieciach)… Ale skutery, krzyki, ciągłe trąbienie, cały hałas tego miasta po jakimś czasie staje się swojski i miły dla ucha.

Ponieważ od wyjazdu minęło już kilka miesięcy teraz doceniłam nasz pomysł, na który wpadliśmy na dworcu w Rzymie, tuż przed wyjazdem, a mianowicie zakupiliśmy notatnik, w którym spisywaliśmy wrażenia dzień po dniu, co robiliśmy, co na nas zrobiło wrażenie i jaka była pogoda. Teraz z przyjemnością do tego wracam i Wam też polecam takie rozwiązanie, bo naprawdę ciężko sobie przypomnieć dokładnie co i kiedy się widziało…

Pierwszy dzień zaczęliśmy od rozpoznania okolicy, okazało się, że mieszkamy w świetnym miejscu, niemal przy samej Via Toledo, która jest jedną z głównych i najbardziej reprezentacyjnych ulic Neapolu, jest deptakiem, centrum handlowym i sercem Dzielnicy Hiszpańskiej. Stąd jest wszędzie blisko i wszędzie można dojść pieszo. Udajemy się więc najpierw w stronę  Piazza del Plebiscito, gdzie podjęliśmy próbę przejścia placu z zamkniętymi oczami prosto, żeby zmieścić się między dwoma pomnikami…Wbrew pozorom nie jest łatwe, a dla mnie okazało się nawet niewykonalne i potem ruszyliśmy w kierunku zatoki, żeby zobaczyć Wezuwiusza.

Piazza del Plebiscito

Wezuwiusz - pierwsze wrażenie

Jest kilka rzeczy, które określają Neapol i najważniejsze to oczywiście pizza i kawa. Poza tym też street art, szopki, kult Diego Maradony i niestety również śmieci.  My pierwsze kroki skierowaliśmy oczywiście w poszukiwaniu kawy. W Neapolu kawy można się napić właściwie wszędzie, czy to sklep spożywczy, kiosk z gazetami czy piekarnia… Espresso zawsze jest,  zawsze jest wyśmienite i przeważnie kosztuje 1 EUR. To Neapol nauczył mnie pić espresso, którego wcześniej nie lubiłam, nie rozumiałam i uważałam, że jest za mocne, za gorzkie i w ogóle za bardzo… teraz nie wyobrażam sobie dnia bez filiżanki espresso :)

Pizzy natomiast nie trzeba było mnie uczyć, ale faktem jest, że od czasu kiedy wchłonęliśmy ładnych kilka pizz moje spojrzenie na nią jest nieco inne. Po pierwsze i najważniejsze – marinara to najlepsza pizza. Nie trzeba sera, żeby pizza była pizzą.  Niestety okazało się, że kilka z kultowych pizzerii akurat miało przerwę wakacyjną, m.in. słynna Pizzeria da Michele, no ale cóż, postanowiliśmy że w związku z tym będzie po co wracać i zadowalaliśmy się pizzami z innych lokali, i większość to była poezja, zazwyczaj zwracaliśmy uwagą czy pizzeria spełnia standardy pizzy neapolitańskiej, czyli czy posiada znak Vera Pizza Napoletana.  Ponieważ Neapolitańczycy uwielbiają wszystko smażyć, to  oczywiście trzeba było spróbować również pizza fritta, czyli smażoną pizzę. Niezła, choć i tak marinara najlepsza.

kawa

pizza w Mazz

pizza

Nie będę po kolei opisywać wszystkich miejsc, które odwiedziliśmy (choć mogłabym, bo jak wspomniałam, notatnik pamięta za mnie), bo kościoły i bazyliki są wszystkie warte uwagi, choć czasami podniszczone, bardziej „zmęczone życiem”, na pewno inne niż te Rzymie, ale zawsze z klimatem…. Ale nie mogę nie zareklamować Muzeum Archeologicznego (Museo Archeologico Nazionale di Napoli, bilet wstępu kosztuje 15 EUR. Niemało, ale warto). Muzeum jest ogromne i właściwie można pół dnia spokojnie zarezerwować na jego zwiedzanie. Zachwycające są kolekcje fresków i mozaik z Pompejów i Herkulanum. Do tego posągi, sarkofagi i rzeźby (jak choćby słynny Byk Farnezyjski, wysoka na niemal 4 metry rzeźba z III w n.e.). A na deser tajna sala z frywolnymi malowidłami i rzeźbami, takie antyczne XXX. Tak, muzeum to zdecydowanie obowiązkowy punkt wycieczki.

Muzeum Archeologiczne

Muzeum Archeologiczne

Kolejny dzień poświęciliśmy na zwiedzanie zamku Sant’Elmo. Jest to forteca położona na wzgórzu, z którego rozciąga się przepiękny widok i w sumie dla samego widoku warto się tu wdrapać, bo droga jest naprawdę wyczerpująca. Można oczywiście skorzystać z kolejki ale my nie lubimy sobie aż tak ułatwiać życia, więc pokonaliśmy te 82 piętra (wg Garmina) pieszo. W samym zamku mieści się również galeria sztuki nowoczesnej. Moim zdaniem raczej dla koneserów, ale nie jest aż tak czasochłonna, żeby jej nie zwiedzić.

I nadszedł w końcu dzień, w którym odwiedziliśmy pana Wezuwiusza. Pociąg do Herkulanum, stamtąd autobusem pod Wezuwiusz, kawałek pod górę na nogach i oto jesteśmy na koronie krateru. Ta dammm! Niby nic, ale sama świadomość robi wrażenie. Gdzieniegdzie widać smużki dymu, czuć również siarkę, to również daje miły dreszczyk emocji w poczuciu, że stoi się na czynnym wulkanie. Do tego jest czas na podziwianie pięknych widoków z góry i można wracać, bo autobus czeka 1,5 godziny, co wydaje się niewiele, ale tam naprawdę nie ma wiele więcej do roboty, bo trasa niestety nie wiedzie dookoła krateru, tylko do pewnego momentu, a potem trzeba zawrócić.

W drodze powrotnej zobaczyliśmy jeszcze z zewnątrz Herkulanum i wróciliśmy do Neapolu. Porada praktyczna: najlepiej wyruszyć jak najwcześniej, bo to co się dzieje na dworcu i w pociągach w stronę Sorrento to najlepsze wspomnienia wakacyjnych wyjazdów w czasach PRL.

Wezuwiusz

Wezuwiusz

widok z Wezuwiusza

Powyższa porada odnośnie pory dotyczy również wyjazdu do Pompejów, bo to ten sam kierunek pociągu Circumvesuviana. Najlepsze zostawiliśmy praktycznie na sam koniec.  Wyruszyliśmy o 7 rano, z zamiarem zwiedzenia Pompejów w ok. 3 godziny i jeszcze powłóczenia się po Neapolu. Nic bardziej mylnego. Na miejscu byliśmy o 10:30. Bilety można kupić w kasie muzeum, albo w biurze na dworcu, tam są wprawdzie nieco droższe, ale za to kolejka dużo krótsza, a czas, jak się okazało, jest bardzo cenny, bo zwiedzanie to spokojnie 8 godzin chodzenia non stop. Nam to zajęło 7,5 godziny, wyszliśmy tuż przed zamknięciem, a i tak miałam wrażenie, że nie wszędzie byliśmy. Podobnie jak w Rzymie, w Pompejach warto chodzić z mapką i odznaczać miejsca gdzie się już było, bo łatwo się pogubić. Wrażenia – niesamowite. Tego się nie da opisać. Ogromne wrażenie robią zachowane mozaiki, fontanny, posągi. Jeszcze większe – figury ludzi zwiniętych w pozycjach, w których ich zastała lawa… W Pompejach doceniliśmy również dodatkowo wartość zbiorów Muzeum Archeologicznego, bo tam można było przyjrzeć się dokładnie i z bliska freskom i mozaikom, które zostały przeniesione, obawiam się, że na miejscu nie byłoby takiej możliwości, żeby na spokojnie móc je obejrzeć, również ze względu na tłumy ludzi.

Pompeje

Pompeje

Pompeje

Pompeje

Pompeje

Z praktycznych informacji – koniecznie wygodne buty i nakrycie głowy, bo słońce daje w kość. Warto również mieć coś do przegryzienia, bo na terenie muzeum nie ma żadnych punktów gdzie można kupić coś do jedzenia. Woda natomiast  jest dostępna w kranikach na terenie wykopalisk, więc warto mieć ze sobą butelkę.

Pomału kończy się nasz wyjazd. Ostatni dzień przed wyjazdem spędzamy już luźno, jesteśmy zmęczeni i bolą nas nogi. Więc postanawiamy trochę poplażować, choć plaże w Neapolu nie są zbyt fajne. Zazwyczaj mieszkańcy opalają się na kamieniach, bo piasku są zaledwie skrawki. Ale woda jest ciepła i czysta, więc te plażowe niedogodności możemy jakoś przełknąć.

I tak mi się zrobiło miło jak to wszystko sobie przypomniałam… A do tego Aperol Spritz, czyli prosecco z Aperolem i żyć nie umierać! Do zobaczenia Neapolu!  Cin cin!

MoniQ

*dla tych, którzy być może będą to czytać w dalszej przyszłości, wyjaśniam, że pisałam to w czasie pandemii koronawirusa, który szczególnie dotkliwie potraktował Włochy.