Turcja (cz. 1): Wakacje uszyte na miarę. Podróżowanie

SAMSUNG CSC

Miała być przygoda, bez biura podróży. Miała być egzotyka oraz masa wrażeń i wspomnień, do których można potem wracać. Na początku padło hasło Bali, potem Tajlandia, bo znaleźliśmy kilka fajnych ofert i to w dodatku na naszą kieszeń. Potem czar niskich cen szybko prysł i wyjaśniła się ich przyczyna – pora deszczowa. W sierpniu/wrześniu faktycznie jest tam tanio, ale duża szansa, że deszcze będą nam towarzyszyły każdego dnia. Nie, to nie był nasz pomysł na wakacje. Miało być ciepło, a nawet gorąco, pięknie i słonecznie. Już nie wiem jak to się stało, że przyszła nam do głowy Turcja, ale pamiętam jak Monia obudziła mnie któregoś popołudnia i powiedziała, że rezerwuje bilety lotnicze do Stambułu. Potem poszło zasadniczo już z górki. Zakup przewodników, przeszukiwanie sieci, rezerwacje i odliczanie dni do wyjazdu.

Kiedy to piszę dochodzi 10:00, my siedzimy teraz nad morzem w Kuşadası. Popijamy kawę i pogryzamy orzeszki kupione na bazarze w Stambule. Monia zajada jej ulubione nerkowce, a ja właśnie, jak widzicie zaczynam pisać relację z naszych wakacji. Przed nami jeszcze tydzień odpoczynku, który zakończy się dniem spędzonym we Lwowie. Już teraz nasze głowy pękają od obrazów, które na pewno na zawsze zostaną w naszej pamięci. Do tego smaki, zapachy, dźwięki, ludzie, koty i oczywiście herbata. Turcja to kalejdoskop i trudno w jednym tekście opisać wszystko co nas spotkało i jeszcze pewnie spotka na tym wyjeździe. Myślę, że najlepiej będzie jak podzielimy to na części, w których postaramy się pokazać Turcję naszymi oczyma.

Problem jest zawsze z początkiem, więc zacznijmy od rzeczy najważniejszej przy planowaniu wyjazdu, czyli do logistyki, bo jak napisał Tomek Michniewicz, w podróżach tak naprawdę to najwięcej czasu spędza się na dojazdach i czekaniu na środki transportu. Nasz wyjazd trudno porównać do jego podróży, ale i tak możemy to już potwierdzić z  własnego doświadczenia, nawet w tak małym wymiarze.

Do Kuşadası przyjechaliśmy dzisiaj o świcie, po piątej, ale wszystko zaczyna się wcześniej od pociągu z Opola do Przemyśla…

Wszystko zaczyna się od pierwszego dnia

Jeszcze nie czuję wakacji. Jeszcze czeka nas pakowanie, czyli czynność, która przynajmniej mnie przyprawia o ból głowy. A do tego sprzątanie w ramach walki z zakończonym niedawno remontem. Ale ten jeden dzień warto poświęcić na tego typu zniechęcacze, żeby od niedzieli móc poczuć ten wymarzony od roku, pierwszy dzień urlopu.

Zaczynamy od podróży do Przemyśla, a potem Lwów i Turcja. Tak, udajemy się do kolebki całej naszej cywilizacji. A co najważniejsze, będzie tam ciepło!

Niedziela, 24 września

To jest u mnie normalne – lubię wyjazdy, lubię podróże, ale nienawidzę związanych z nimi przygotowań. Pakowanie, szukanie połączeń i same dojazdy do miejsc docelowych dobijają mnie i zawsze rodzą w mojej głowie pytanie „czy warto?”. Ot, takie głupie myśli, które potem nie mają przeważnie potwierdzenia w rzeczywistości. Na szczęście sprawami logistycznymi zajmuje się u nas Monia, a to mi bardzo odpowiada. Ustalamy wspólnie gdzie chcemy jechać, co zobaczyć, ile dni i gdzie spędzić, a potem to już ona rozpoczyna poszukiwania noclegów, środków transportu itp. elementów, za którymi ja rozglądać się nie przepadam.

Pakowanie w zasadzie trwa krótko, bo wszystko w głowie mam już ułożone i praktycznie można o tym zapomnieć, ale wizja dotarcia do – jak ja to nazywam – „punktu startu” wciąż pozostaje elementem przeze mnie nielubianym. Może to wina mojego podejścia do życia? Ja bardzo lubię spędzać czas w domu i to tutaj czuję się w zasadzie najlepiej. Nie wiem, czy jestem typowym domatorem, bo jednak ciągnie mnie do wyjazdów, ale wykonanie samego kroku w ich kierunku wymaga ode mnie, w chwili kiedy trzeba to zrobić, już psychicznego przymusu. Nie jest to jakiś straszny problem emocjonalny, nie muszę tego robić na siłę, ale przed podróżą pomimo, iż wiem, że będzie fajnie, to na chwilę odechciewa mi się wychodzić z mojej jaskini. Na szczęście jest to tylko chwilowy impuls, z którego zdaję sobie sprawę, więc jestem na niego przygotowany, a w dodatku on zawsze przegrywa. I dobrze.

Wstaliśmy przed budzikiem. Podenerwowanie wyjazdowe wzięło górę nad zmęczeniem, a przecież wieczorem baliśmy się, że będzie ciężko wstać. Ostatni tydzień przed urlopem jeżeli chodzi o pracę, to najgorszy tydzień i równać mu się może tylko tydzień po urlopie. Do tego doszło sprzątanie mieszkania po remoncie. Miał go pewnie każdy, więc nie muszę tłumaczyć jak to wygląda.

Na podróż muszą być kanapki, które przeważnie robię ja. My kochamy tego typu celebrację i to jest u nas już standardowa procedura. Ostatnie ustalenia związane z pracą, ostatnie listy do Marcina w  sprawie ZnadPlanszy.pl, herbatka, pożegnanie z kotkami (pierwszy raz będą tak długo bez nas) i w drogę.

Opole żegna nas w iście jesienny sposób. Strasznie zimno, pochmurnie i do tego zaczyna padać. Schowane w plecaku polary musimy więc wyciągnąć już teraz, a jedynym pocieszeniem jest fakt, że już niedługo będzie ciepło. Według tego co widzę w telefonie, to w Stambule o 3:00 w nocy było 26 stopni… Aż nie chce się wierzyć.

Pierwszy cel podróży to Przemyśl.

PKP jak zwykle nie pozwala o sobie zapomnieć i uparcie nie chce stworzyć wizerunku firmy, która dorosła do kryteriów XXI wieku. Kiedyś podróż do Przemyśla trwała 7 godz., ale z powodu częstych opóźnień postanowiono w ramach ich likwidacji zwiększyć czasu przejazdu na rozkładach do 9-10 godz. Jakie to proste. Niestety tylko w teorii, bo widać PKP po prostu musi się spóźniać… „taki klimat”. Przyjechaliśmy na miejsce z prawie godzinnym opóźnieniem. Pamiętam, że kiedyś dawali kawę w ramach przeprosin, teraz jest to już tylko wspomnienie. Pewnie koszty takich podziękowań z powodów oczywistych i wspomnianych wcześniej stały się za duże – wizja bankructwa przy tylu spóźnieniach jest przewidywalna. Ja nie wiem co jest z tym transportem publicznym w Polsce, wszędzie dokoła nas można to rozwiązać, a my wciąż borykamy się z tym problemem. Ostatnio często jeździmy pociągami i wszystkie pozytywne przejazdy i odczucia w jednej chwili potrafi rozmyć taki właśnie incydent, który istnieje od zawsze w naszych kolejach. Ale na szczęście widać jakieś światełko w tunelu, choć mam nadzieję, że zwiastuje ono zmiany na lepsze, a nie smutny koniec naszych kolei.

Niestety z powodu opóźnienia nie było planowego długiego postoju w Krakowie, dlatego nasza wymarzona kawa i krakowski obwarzanek pozostały tylko obiektami westchnień i pragnień.

Poniedziałek, 25 września

Przekraczamy ukraińską granicę i nagle cofamy się w czasie. Ukraina wygląda jak Polska 10-15 lat temu. Już przed przejściem w Medyce, widać podobne klimaty jak kiedyś u nas. Kto pamięta targowiska w środku miast, wypełnione Rosjanami sprzedającymi „dobra” przywiezione zza wschodniej granicy? Tutaj jest podobnie, wszędzie pełno różnego rodzaju bud i sklepików oferujących dosłownie wszystko, zarówno dla Ukraińców, jak i Polaków. Przysłowiowe mydło i powidło, a wszędzie brudno i pełno błota. Taki wczesny kapitalizm, który teraz nas trochę razi, ale z drugiej strony wiemy, że zrodzony jest on z potrzeby.

Przechodzimy granicę pieszo w Medyce wraz z trzema innymi osobami, a w drugą stronę tymczasem podążają pielgrzymki, które kierują się do Polski. Wygląda to trochę smutno, bo widać, że dla niektórych to jedyny sposób na zarobek.

Kawałeczek za granicą – w Szegini – jest mały dworzec autobusowy skąd mamy pojechać do Lwowa. Bilet kosztuje 30 hrywien, czyli jakieś 7,50 zł za 70 km drogi to niedużo, zresztą na Ukrainie transport publiczny jest ogólnie tani. I to jest akurat bardzo fajne, gorzej, że ichnie autobusy to jakieś 2/3 długości naszych starych pekaesów. Małe, żółte autobusiki muszą pomieścić wszystkich, którzy chcą pojechać i nieważne, że miejsc siedzących już dawno zabrakło. My siedzimy. Na kolanach plecaki, ale siedzimy. Odcinek nie jest długi, więc szybko nam to zleci. I tak jest faktycznie, ale szybko to nie znaczy miło, a przynajmniej nie na ukraińskich drogach. Jak następnym razem będziecie narzekać na polskie, dziurawe drogi, to wiedzcie, że w porównaniu z ukraińskimi, to idealne, płaskie jak stół powierzchnie. Oczywiście są tu drogi szybkiego ruchu, ale większość jechaliśmy po jakichś dziurawych jak ser szwajcarski „miejskich” drogach, które już chyba dawno straciły nadzieję na nowy asfalt.

Tak wygląda transport na Ukrainie. Maksymalna liczba osób w środku to wartość umowna.

Lwów wita nas słońcem (w końcu!), które pięknie eksponuje tamtejszy dworzec kolejowy. Dworzec jest śliczny i faktycznie wygląda jak zabytek i pozostałość dawnych, światłych czasów tego miasta. Zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie. Koczujące za to na trawnikach obok nich cygańskie/rumuńskie rodziny już mniej. Przez „koczujące” mam na myśli śpiące pod kołdrami, jedzące normalne posiłki oraz… piorące w miskach swoje brudy. Brakowało tylko rozpalonych ognisk i kociołków z zupą. A obok setki innych ludzi, podróżnych, którzy wchodzą, wychodzą lub na kogoś czekają. Nie wiem czy to z powodu obecnych zawirowań na Ukrainie, ale na lwowskim dworcu była masa ludzi.

My jednak nie przyjechaliśmy tu rozkoszować się architekturą Lwowa (na to przyjdzie pora w drodze powrotnej), ale musimy znaleźć gdzieś przystanek trolejbusu nr 9 w kierunku portu lotniczego, dlatego idziemy do centrum. Jest tłoczno i widać, że Lwów to spore miasto. Samochody, tramwaje, autobusy, trolejbusy wypełniają ulice miejskim szumem, który uzupełnia gwar ludzki. Czasami jest tłoczno. Jeżeli chodzi o modę panującą na ulicach, to ponownie przypominają mi się stare, polskie czasy, kiedy każdy chciał paradować w oryginalnym, a czasami prawie oryginalnym, dresie, panie w świecących bluzkach, a inni pozostawali w dekadzie starych, szarych funkcjonalnych ubrań. Gdzieniegdzie widać na szczęście poczucie smaku i to przypomina, że jednak nie cofnęliśmy się w czasie. Taki styl ubierania to chyba domena naszych wschodnich sąsiadów i prawdopodobnie tak już zostanie.

Udało nam się znaleźć przystanek, choć nie było łatwo, bo nie udało nam się natrafić w międzyczasie na żadną informację turystyczną ani plan miasta. Jedno co cieszy, to angielskojęzyczne tablice na autobusach oraz jak się okazało angielski lektor zapowiadający następny przystanek w trolejbusach i tramwajach. Ceny biletów rewelacyjne, bo 2 hrywny (jakieś 60 groszy) robią wrażenie.

Lotnisko jest nowe i jest to pozostałość po Euro 2012. Duże, o nowoczesnym kształcie, ale przeraża pustka, która rzuca się w oczy po wejściu. Widać, że jest ono za duże na potrzeby Lwowa. To już standard tego typu imprez, powstają budowle, które potem trudno w 100% wykorzystać. My nie narzekamy, zresztą co mamy narzekać jak jest czysto miło i przyjemnie. No i tanio. Dwie kawy, do tego dwie strucle z mozzarellą i szpinakiem w lotniskowej kawiarni kosztowały nas 27 złotych. Tania ta Ukraina. Na samolot czekaliśmy jakieś 1,5h ale nie narzekaliśmy na nudę. Sprawdzenie poczty, FB, kilka smsów, czyli standardowy wypełniacz czasu wolnego większości z nas.

Jeżeli będziecie szukali lotniczego połączenia do Turcji polecamy nasz wariant i wylot właśnie ze Lwowa. Dojazd do Przemyśla kosztował nas 29 zł od osoby, bo skorzystaliśmy z puli tanich biletów oferowanych przez PKP, a cena biletu lotniczego to około 350 zł tureckimi liniami Pegasus Airlines.

Lecimy już w kierunku Stambułu i  jesteśmy na wysokości 11800 m nad ziemią, nasza prędkość to 820 km/h, za oknem piękne słońce, ale temperatura -50. Czuję lekkie mrowienie i ciekawość jak będzie po wylądowaniu. Dwa tygodnie zupełnie dla nas czegoś nowego. Śmieję się do swoich myśli i chyba zasypiam.

Transport publiczny w Turcji

Wylądowaliśmy w azjatyckiej części Stambułu na lotnisku Sabiha Gökçen. Tutaj zaraz po wyjściu znajdują się postoje taksówek i autobusów wiozących turystów w głąb miasta. Jeżeli nie masz problemów z pieniędzmi, to nie ma co kombinować i spokojnie bierz taksówkę (TAKSI), tylko z tego co wiemy to warto zobaczyć czy kierowca włączył taksometr. Jeżeli jednak autokar nie jest dla ciebie problemem, to warto z niego skorzystać. Jest taniej, a równie wygodnie.

Przed lotniskiem w Istambule. Dodajcie sobie w tle gwar setek ludzi, trąbienie i palące się dokoła papierosy. Jest klimat :)

Przed lotniskiem w Stambule. Dodajcie sobie w tle gwar setek ludzi, trąbienie i palące się dokoła papierosy. Jest klimat :)

Po Stambule zasadniczo poruszaliśmy się pieszo, bo mieszkaliśmy w strategicznym miejscu, w dzielnicy Beyoğlu, niedaleko słynnej wieży Galata. Miejsce strategiczne, bo w zasadzie mieliśmy blisko  stamtąd do wszystkich zabytkowych miejsc europejskiej części Stambułu. Dlatego polecamy zatrzymać się właśnie tam. O zaletach tej lokalizacji napiszę jeszcze w tekście poświęconym samemu miastu. Tam też napiszę jak wygląda ruch samochodowy, bo jest co opisywać. Ulice Stambułu, to na pierwszy rzut oka dżungla, ale po bliższym poznaniu okazuje się, że chaos jest tylko pozorny.  Jednak dla Europejczyka może to być szok.

Za to podróżowanie po Turcji bez samochodu to przyjemność i Polska mogłaby się bardzo dużo w tym temacie nauczyć. Myślałem, że zakopiańskie busiki to szczyt organizacji tego typu transportu, ale po kontakcie z tureckimi dolmuszami (tak nazywają się tu takie właśnie busiki) już wiem, że nasi górale mają jeszcze sporo do nadrobienia. Szybko, sprawnie, bez ładowania ludzi na maksa, żeby tylko przewieźć jak najwięcej za jednym razem i zawsze z uśmiechem. To właśnie dolmusze, które bardzo ułatwiają dojazd zarówno do miejsc, które warto odwiedzić, jak i np. na plaż, których jest sporo wokół miejscowości wypoczynkowych. Ruch koordynowany jest przez krótkofalówki, nie ma rozkładów jazdy, ale zawsze możemy być pewni, że bus przyjedzie, ponieważ kierowca został poinformowany, że ktoś czeka. Taki bus również zatrzyma się w każdym miejscu na wyznaczonej trasie i nawet jeśli ktoś wysiadł 100 m wcześniej, to śmiało można powiedzieć kierowcy, żeby zatrzymał się teraz, bo tak ci jest wygodniej. Bez mrugnięcia zatrzyma się bez względu na miejsce i jakieś zakazy drogowe. Tak, specyfika ruchu drogowego jest w Turcji ma swój urok, ale o tym jeszcze napiszemy. Dolmusze to bardzo pomocne narzędzie do poznawania Turcji i zdecydowanie je polecamy.

Samochodu, które jeżdżą jako dolmusze są nowoczesne, ale biuro obsługi i sprzedaży biletów, to albo pan na ławce, albo biuro pod chmurką.

Samochody, które jeżdżą jako dolmusze są nowoczesne, ale biuro obsługi i sprzedaży biletów, to albo pan na ławce, albo biuro pod chmurką.

Jeszcze przed wyjazdem czytaliśmy, że tureckie autokary są to bardzo wygodną formą podróżowania i mogą one zaskoczyć Polaków. Byliśmy przygotowani, ale na żywo i tak zrobiło to na nas wrażenie. Zdecydowaliśmy się na korzystanie z oferty Pamukkale - Monia trafiła na jakimś blogu na tekst, w którym ich polecano. Jechaliśmy autokarem dwa razy, ze Stambułu do Kuşadası i z powrotem i za każdym razem, nie mogliśmy uwierzyć, że tak można podróżować. Nowoczesne autokary są dobrze oznaczone, a na dworcach jeszcze dodatkowo na ich szybach układane są duże tablice informujące dokąd jedzie. Ale oczywiście zawsze możemy skorzystać z pomocy obsługi, której jest pełno na dworcach. No właśnie dworce. Po ich wielkości, liczbie biur przewoźników, liczbie pasażerów widać, że to ważny środek komunikacji, często wykorzystywany nie tylko przez Turków, ale również i przez turystów. Na każdym dworcu zawsze, bez względu na porę można zjeść coś ciepłego lub napić się czaju, wody lub kawy. Są nawet takie „dworce”, które wyglądają jak małe parterowe centra handlowe ze sklepami i wszystkimi światowymi kawiarniano-barowymi sieciówkami oraz małym meczetem. Jak pomyślę o zapyziałym opolskim dworcu, a nawet o nowym krakowskim to robi się mi trochę smutno. Widać można, ale trzeba tylko chcieć.

Praktycznie standardowy dworzec autobusowy. Czysto, gwarno i pachnie jedzeniem.

Praktycznie standardowy dworzec autobusowy. Czysto, gwarno i pachnie jedzeniem.

OK, wracam do autokarów, bo teraz dopiero robi się ciekawie. O numerowanych miejscach, klimatyzacji i WiFi nie wspominam, bo to i u nas już staje się normalne. Ale tutaj na scenę wchodzi steward, którego posiada każdy autokar i jego zadaniem jest wkładanie i oddawanie bagaży, liczenie pasażerów na każdym przystanku, informowaniu pasażerów, że to już ich stacja (tak, tutaj to nie pasażer się o to martwi) oraz obsługa pasażerów podczas jazdy. W tych autokarach przycisk wzywający obsługę, który znajduje się nad naszymi głowami nie jest umieszczony bez celu jak u nas. Zawsze możemy poprosić o wodę i prawdopodobnie herbatę lub kawę (prawdopodobnie, bo o to akurat nie prosiliśmy). Nie musimy się już martwić, że nie kupiliśmy nic do picia na drogę, mamy to na miejscu i oczywiście za darmo. Ale najbardziej w zdumienie wprawiła nas scena jaka rozgrywa się na początku trasy. Steward liczy pasażerów, bierze wózek z napojami i przekąskami i jedzie od pasażera do pasażera proponując każdemu kawę, herbatę, wodę oraz jedną z przekąsek (sławne tureckie ciasteczka Tutku rządzą!). Szczęki  nam opadły i już zastanawialiśmy się czy to nie jakaś podpucha, w stylu bierzesz, a potem musisz zapłacić, ale ktoś przed nami zapytał obsługę o to i dosłyszeliśmy, że to „free”.

Ciężko był nam uwierzyć, że to zwykły rejsowy autokar. Zdjęcie z komórki, więc jakość trochę kiepska, ale nie chciałem wyjść już całkowicie na mało obytego. Lody naprawdę za free?

Ciężko był nam uwierzyć, że to zwykły rejsowy autokar. Zdjęcie z komórki, więc jakość trochę kiepska, ale nie chciałem wyjść już całkowicie na mało obytego. Lody naprawdę za free?

No nie, luksus panie, tak sobie myślimy i jemy ciasteczka, popijając herbatką. A tu kolejna niespodzianka, bo pan zaczyna nową rundę, tym razem… z lodami. Tutaj już nas dobili, a pewnie i wam trochę się oczka przy czytaniu szerzej otworzyły. A żeby jeszcze bardziej was dobić, to mam coś więcej: w oparciu każdego fotela wmontowany jest ekranik LCD wraz ze zbiorem kilkudziesięciu filmów (podzielonych na kategorie i nawet jest kilka nowych sprzed kilku lat) i teledysków (tego nie przeglądałem). Jeżeli nie znacie tureckiego (wszystkie filmy są dubingowane), to zawsze można włożyć własnego pendrive. Zazdrość, to jedyne uczucie jakie może poczuć człowiek korzystający z polskich środków transportu publicznego.

Linię Pamukkale (ale pewnie też i inne działają w Turcji podobnie) polecamy też ze względu na busiki, które zbierają za darmo pasażerów z centrum miasta i dowożą na dworzec lub z dworca rozwożą po mieście. Doceniliśmy to szczególnie w drodze powrotnej, kiedy musieliśmy się dostać z jednej dzielnicy Stambułu na lotnisko. Jechaliśmy prawie 30 minut i zapewne równie sprawnie byśmy się tam tak szybko nie dostali bez tej pomocnej usługi wliczonej w koszt biletu. Nie wiemy czy zapłaciliśmy dużo, czy standardowo za autokar jak na warunki tureckie, ale nie żałowaliśmy tych 80 lirów (od osoby, odległość ok 650 km) wydanych za podróż w takich warunkach. Wybieraliśmy specjalnie przejazdy nocne, żeby nie tracić dnia, więc praktycznie w cenie była podróż i nocleg.

Do Kuşadası mamy jechać autokarem. Podobno ma być na wypasie, bo lokalny transport autokarowy w Turcji stoi na wysokim poziomie. Z dworca w Stambule (dzielnica  Üsküdar) zabiera nas busik i wiezie do Dudullu. Tam ma przyjechać nasz autokar. Na miejscu wita nas średniej wielkości dworzec z czystą poczekalnią, łazienką, barem i biurem obsługi. Ludzi pełno, kilkanaście autokarów różnych linii. Czujemy się trochę zagubieni, ale od czego jest informacja. Idziemy i pytamy się skąd odjeżdża nasz autobus. Miły pan informuje nas po angielsku (lepiej mu pisać niż mówić), że jest spóźnienie około 30 minut. Teraz trochę nas to martwi, w końcu wychowaliśmy się na polskich standardach PKP/PKS i wiemy czym to grozi dalej. Potem jednak wyjaśni się skąd są te opóźnienia na tej trasie i nasze zmartwienia były bezpodstawne. Dobra, no to czekamy. Akurat będzie czas na toaletę. Pani z obsługi dworca co pewien czas mówi co i dokąd odjeżdża, ale dla nas równie dobrze mogłaby nic nie mówić – turecki to straszny język. No nic, idziemy ponownie do pana i mówimy, że my nic nie rozumiemy i przez to na pewno nasz autokar odjedzie bez nas. Ale od czego uprzejmość Turków? Pan każe nam się nie martwić, bo przyjdzie i nam powie kiedy przyjedzie nasz autobus, mamy sobie usiąść i się nie denerwować. Tak też robimy i po kilkunastu minutach faktycznie do nas przychodzi i informuje o przyjeździe autokaru, następnie  prowadzi nas na miejsce, a potem prosi obsługę autobusu, żeby wzięli nasze plecaki, żegna się i życzy miłej podróży i jeszcze przeprasza, że jego angielski jest niedoskonały.

Taka jest właśnie turecka pomoc, którą zapamiętaliśmy. Zawsze można liczyć na nią ze strony mieszkańców, którzy są nawet w stanie zatrzymać się na środku drogi, żeby pomóc zagubionemu turyście. Wciągamy mapę, a zaraz obok nas pojawi się ktoś, żeby zapytać czy się nie zgubiliśmy lub czy nam wskazać drogę. Pierwszy taki kontakt trochę nas przestraszył, bo spodziewaliśmy się jakiegoś wyłudzania kasy. A tu nic z tych rzeczy, jakiś pan nam pomógł, uśmiechnął się i poszedł swoją drogą. Potem już nie byliśmy zaskoczeni kiedy ktoś się zawracał i do nas podchodził, bo w naszych oczach widział tryb poszukiwania drogi lub kiedy  o świcie zatrzymał się przy nas sam z siebie miły Turek na skuterze, który uznał, ze dwójka ludzi z plecakami może potrzebować pomocy. Bardzo to nas ujęło i strasznie nas to miło zaskoczyło.

Wspomniane już opóźnienie autokaru było dla nas lekkim szokiem i przyczyną autoironii z naszego braku transportowej fantazji. W czasie drogi dosyć szybko się okazało, że był ono spowodowane kolejką do promu. Tak, jadąc autokarem płynęliśmy też promem samochodowym. Dla nas szok, ale tutaj to widać sytuacja normalna. Kolejki do promów są różne, dlatego czasami mogą być spóźnienia, ale nas tak oczarowały tutejsze autokary, że jesteśmy im wstanie wybaczyć wszystko. Zresztą im nie ma prawie co wybaczać.

Na promie samochodowym nie zginiesz z głodu lub pragnienia. Turcy od razu po wejściu na pokład idą coś zjeść lub wypić.

Na promie samochodowym nie zginiesz z głodu lub pragnienia. Turcy od razu po wejściu na pokład idą coś zjeść lub wypić (zdjęcie z komórki).

Zresztą promy, to też ciekawy sposób podróżowania, który będąc w Stambule zdecydowanie trzeba wypróbować, zwłaszcza, że czasami nie będziemy mieli innego wyjścia, np. żeby odwiedzić sławne Wyspy Książęce. Inna sprawa, że też taka komunikacja działa tam szybciej niż tradycyjny transport drogowy. W ciągu 10 minut przedostaniemy się z europejskiej strony miasta na azjatycką (koszt z przystani Kabataş do Üsküdar to 4 liry), a podróż przez most już może nam zająć nawet  godzinę.

Jeżeli do tego dodacie tramwaje, autobusy, wypożyczalnie samochodów i widocznych tam wszędzie skuterów, to trudno w Turcji nie znaleźć czegoś dla siebie, żeby przemieścić się z punktu A do B. Nie trzeba się też martwić, że się zgubimy lub utkniemy, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto nam pomoże. Turcja pod względem transportowym bardzo dobrze sprawdza się do wyjazdów organizowanych we własnym zakresie i jak widzicie, praktycznie jest ona dostępna dla każdego.

Ogromny plac Taksim w Stambule jest zapełniony ludźmi chyba zawsze, a zwłaszcza wieczorem i w nocy. Co oczywiście nie przeszkadza żeby przez tłum przejeżdżał zabytkowy tramwaj.

Ogromny plac Taksim w Stambule jest zapełniony ludźmi chyba zawsze, a zwłaszcza wieczorem i w nocy. Co oczywiście nie przeszkadza, żeby przez tłum przejeżdżał zabytkowy tramwaj.

A już niedługo kolejne teksty związane z naszym wyjazdem, w których przeczytacie o Stambule i jego okolicach, handlu, ruchu drogowym, wierze, meczetach, kuchni i plażach, a na koniec coś o Lwowie.

Tycjan

Widok promu w Złotym Rogu to widok standardowy. Pływają bardzo szybki i zadziwiająco, jak na swoją masę, potrafią zawracać prawie w miejscu.

Widok promu na Złotym Rogu to widok standardowy. Pływają bardzo szybko i zadziwiająco, jak na swoją masę, potrafią zawracać prawie w miejscu.

Można oczywiście wypożyczyć sobie łódkę lub skorzystać  z przejażdżki nią jako pasażer.

Można oczywiście wypożyczyć sobie łódkę lub skorzystać z przejażdżki nią jako pasażer.

Są miejsca gdzie bez promu  się nie dostaniesz, np. Wyspy Książęce.

Są miejsca gdzie bez promu się nie dostaniesz, np. Wyspy Książęce.

Widok zachodzącego słońca w Istambule na stałe zagościł w naszych sercach i wywołuje bolesne uczucie tęsknoty.

Widok zachodzącego słońca w Stambule na stałe zagościł w naszych sercach i wywołuje bolesne uczucie tęsknoty.

Komunikacja zmechanizowana jest super, ale najpiękniejsze obrazy zobaczy się tylko chodząc pieszo/.

Komunikacja zmechanizowana jest super, ale najpiękniejsze obrazy zobaczy się tylko chodząc pieszo.

Nasielibyśmy sobą żeby nie skorzystać z możliwości pojeżdżenia na rowerze, nawet jeżeli nachylenie drug przekraczało zdrowy rozsądek.

Wyspy Książęce. Nie bylibyśmy nami, żeby nie skorzystać z możliwości pojeżdżenia na rowerze, nawet jeżeli nachylenie dróg przekraczało zdrowy rozsądek – uwierzcie, nawet jeżeli tego nie widać na zdjęciu. Chłopak, który jest widoczny na zdjęciu zatrzymywał się w drodze na górę tym zaprzęgiem cztery razy, żeby dać koniowi wypocząć i się napić.

Takie giganty marzą się Moni.  Tydzień w tym pływającym wieżowcu kosztuje od 2000 $

Takie giganty marzą się Moni. Tydzień w tym pływającym wieżowcu kosztuje od 2000 $

Sympatyczny Turek poprosił o zrobienie nam zdjęcia, więc nie mogliśmy odmówić.

Sympatyczny Turek poprosił o zrobienie nam zdjęcia, więc nie mogliśmy odmówić.

A to taka zajawka tego, czego możecie się spodziewać w kolejnych wpisach o Turcji

A to taka zajawka tego, czego możecie się spodziewać w kolejnych wpisach o Turcji

  • julia edes

    W PolskimBusie też są darmowe kawa/herbata/sok/woda + rogalik a potem lody :-) Polska nie taka zła jak się wydaje ;-)

    • http://tymczasem.in Mirosław ‚Tycjan’ Gucwa

      Jeździmy PB i nigdy tego nie mieliśmy. Na jakich liniach?

      • http://www.kozackienasienie.pl/ Tomasz Kozak

        Na długich ;) Mnie zawsze karmią na trasie Warszawa – Gdańsk, ale na trasie Warszawa – Katowice już nie.

        • http://www.tymczasem.in Moni Q.

          Dziwne, bo i Warszawa – Gdańsk, i Warszawa – Katowice, i Opole – Zakopane są trasami ok. 5 godzinnymi (+/- 20 min.) a tylko na jednej z nich jest poczęstunek….
          No tak czy siak, kontakt z takim poziomem obsługi pasażera mieliśmy dopiero w Turcji, więc nic dziwnego, że byliśmy (i jesteśmy nadal) zachwyceni :)