Swoją drogą, każdy może pójść

swoja_droga

Z książkami Tomka Michniewicza spotkałem się w sumie przypadkiem. Jego Samsara długo leżała w mojej audiobibliotece. Biegając słucham audiobooków, słucham tylko reportaży, biografii itp. Nic z beletrystyki mi nie wchodzi do głowy pod czas biegu. Samsara w końcu się doczekała, a ja od tej pory jestem oddanym kibicem kolejnych podróży autora i fanem jego twórczości – słucham autorskich audycji w 1. Programie Polskiego Radia i śledzę jego wpisy na jego FB oraz stronie.

Tomasz Michniewicz – dziennikarz, podróżnik – to człowiek z krwi i kości, co do którego intuicja podpowiada, że można na nim polegać w każdej sytuacji. W dodatku potrafi tak pisać, że czytając jego książki czujesz, że jesteś tam z nim, że to nie tylko krajobrazy i ładne obrazki do oglądania i pochwalenia się znajomym i rodzinie, ale ludzie, którzy tam mieszkają. Michniewicz pisze o ludziach i za to głównie cenię jego książki. Oglądanie dalekich krajów bez poznania ich mieszkańców to tylko podziwianie fototapety lub pocztówki. Magia miejsca jest w ludziach i on dobrze sobie z tego zdaje sprawę. Dodatkowo opisuje to nie tylko jak to widzi, ale również jak to czuje, nie narzucając przy tym na siłę czytelnikowi swoich poglądów.

Od kilku tygodni zapowiadana była premiera jego najnowszej książki Swoją drogą, a ja wprost nie mogłem się doczekać premiery w wersji elektronicznej. Na szczęście nie musiałem długo czekać i prawie jednocześnie z premierą tradycyjnej formy, ebook pojawił się na Woblinku. Radość moja była tym większa, że zapowiadała nam się podróż do Przemyśla, więc wizja spędzenia 10 godzin w pociągu już nie była taka straszna.

Pomysł na książkę Swoją drogą jest prosty – dać okazję trzem osobom pojechać tam, gdzie zawsze chcieli i pozwolić im spełnić swoje marzenie, którego realizacja została przesłonięta codziennym życiem. Chyba każdy z nas chciałby gdzieś pojechać i coś zobaczyć lub zrobić. Taki mały podróżnik tkwi w każdym. Takie marzenia sprawiają, że zazdrościmy podróżnikom ich życia. Michniewicz uważa, że jesteśmy sami sobie winni tego braku podróżniczego spełnienia. I z pewnością coś w tym jest. Wszystko tkwi w głowie i wszystko sprowadza się do chęci i wykonania pierwszego kroku. To jest przepis na realizację każdego celu. Tylko jak wiemy, to „tylko” w życiu przeważnie zamienia się w „aż”.

Ale w książce trzy osoby mają szansę, porzucić przynajmniej na chwile swoje życie i zrobić ten upragniony krok ku przygodzie. Mogą zobaczyć, co ich ominęło dotychczas i czy warto było to poświęcić dla „zwykłej codzienności”. Mam wrażenie, że autor nie tylko chciał pomóc innym, ale również odpowiedzieć sobie samemu na pytanie, czy podróżowanie to faktycznie dobry pomysł na życie, na wszystko. Dla nas jest to zabawa, ale prawdziwe życie podróżnika to ciężka praca, więc czy warto? Trzy opowieści, troje ludzi, trzy próby odpowiedzi na pytania.

Zaczynamy w Kamerunie, w afrykańskiej dżungli, gdzie spotykamy prawdopodobnie jedno z ostatnich dzikich plemion tamtych rejonów – pigmejów Baka, Leśnych Ludzi. Poznajemy ich codzienne życie, ich problemy, z którymi borykają się każdego dnia, ale również ich sposób myślenia, smutki i radości, bo to przecież zwykli ludzie, tak jak my, tylko żyjący w innych realiach i tak naprawdę wciąż w innych czasach. Tutaj rodzi się pytanie, czy oni rzeczywiście mają potrzebę zrównania się z nami i dogonienia naszego rozwoju cywilizacji, czy też to tylko nasze naiwne myślenie, że oni tego faktycznie potrzebują. Wyobraźcie sobie, że mieszkacie gdzieś od wieków, jest wam dobrze, bo przecież nie znacie nic innego i nagle przychodzą do was z butami obcy i próbują wmówić wam, że żyjecie źle, a oni znają na lepszy sposób. W dodatku nie uznają odmowy i zamiast się wycofać zajmują wasz świat kawałek po kawałku, spychając was na jego margines. Będziecie szczęśliwi? Wątpię. Niestety rdzenni mieszkańcy naszego świata przez to przechodzili i wciąż przechodzą, a większość niestety przegrywa.

W drugiej części wyruszamy do sławnej z ortodoksyjnego podejścia do wiary Arabii Saudyjskiej. Dla nas kraj uciskanych kobiet, fanatycznego oddania wierze, niewyobrażalnej ilości pieniędzy, których źródłem jest ropa naftowa, pustyni, drogich samochodów, ale również i tradycyjnych wielbłądów. Ponownie jesteśmy święcie przekonani, że to my żyjemy cywilizowanie, że to my jesteśmy wolni i szczęśliwi. Żal nam poobwijanych w abaje arabskich kobiet, potępiamy bigamię oraz wyzysk biednych mieszkańców, którzy są wykorzystywani przez żyjących ponad prawem bogatych szejków. A do tego dochodzi przekonanie, że Arabowie wyznając islam, są przez to potencjalnymi terrorystami.

I ponownie dziwne uczucie na koniec, kiedy zastanawiamy się czy to faktycznie prawdziwy obraz Arabii Saudyjskiej, czy tylko podane nam przez media, wyrwane z życiowego kontekstu obrazy cywilizacji, której nie staramy się poznać, a tylko dopasować do naszych, znanych nam realiów.

Na końcu wyprawa do przesyconego do cna jazzem Nowego Orleanu i przesiąkniętych bluesem terenów rzeki Missisipi. Klimat miejskiej bohemy połączony z cierpieniem tysięcy zamęczonych na plantacjach niewolników. Dla słuchających jazzu ludzi Nowy Orlean to mekka, miasto, do którego każdy z nich chciałby pojechać. Muzyka, ludzie, klimat. Miasto, które żyje dla tych trzech składników i bez niego nie istnieje (żeby poczuć ten klimat polecam obejrzeć serial Treme). A jak opuścimy miasto to spotkamy bagna, pola kukurydzy i bawełny, kurz i wykańczający upał. Jest to obszar nasączony krwią czarnych niewolników, na którym narodziła się muzyka płynąca z serca, muzyka, która jest głosem duszy, bo jazz i blues to właśnie ten rodzaj muzyki, której nie można słuchać tylko uszami.

Trzy opowieści, trzy obrazy, które zmieniły moje postrzeganie opisanych miejsc. Praktycznie wiedziałem, czego mogę się spodziewać, jednak dwie pierwsze części pokazały, że to tylko moje złudzenie. Tylko opowieść o Nowym Orleanie prawie pokryła się z moim obrazem tego miasta, bo sam mam straszną ochotę go odwiedzić, nie tylko jako miłośnik jazzu, ale też ze względu na ten klimat miasta, które tętni jakby pierwotnym życiem. Nowy Orlean to dla mnie trochę takie magiczne miejsce, dlatego kiedy mogę to czytam i oglądam o nim, co tylko ciekawego wpada mi w ręce. Na  tych, którzy nie znali go poprzednio, obraz pokazany przez Michniewicza, na pewno zrobi wrażenie i rozbudzi chęć poznania tego świata bardziej. Do tego tajemnicze tereny Missisipi, które widzimy przeważnie tylko na filmach, a które wzbudzają zarówno strach (Voodoo), jak i fascynację. Tak, to są miejsca – magnesy, a to co pisze o nich autor tylko jeszcze bardziej pobudza siłę ich przyciągania.

Nie chcę pisać dokładnie, o czym jest książka oraz kto jest bohaterem każdej z części, bo nie chciałbym zdradzać wszystkiego. Może to nie kryminał ani też książka sensacyjna, ale uwierzcie mi, że czyta się ją w takim samym napięciu i gdybym wszystko zdradził już teraz, to popsułbym całą zabawę. Bohaterowie to ważne elementy tej układanki, bo każdy z nich jest inny, a tym samym każdy inaczej kształtuje rzeczywistość. Wiadomo, że dwoje ludzi w jednym miejscu, to dwie różne opowieści, ale to przecież w ludziach jest tak piękne.

Swoją drogą to nie tylko książka podróżnicza, to też próba odpowiedzi na pytanie, co dla człowieka jest najważniejsze i czy faktycznie spełnienie marzeń to jedyny sposób na udane życie. Jest to też książka osobista dla samego autora. Dużo w niej wewnętrznych pytań, rodzinnych wyzwań i jego życiowych dylematów. Po jej przeczytaniu nie mamy już obrazu człowieka, który skacze sobie z kraju do kraju, porobi kilka fotek, napisze kilka akapitów tekstu i z uśmiechem na ustach kroczy przez życie. Staje się on dla nas kimś bliskim, kimś, kto faktycznie jest jednym z nas, a nie tylko beztroskim poszukiwaczem przygód, któremu „przecież łatwiej”, bo nie ma normalnego życia jak my. Po tej książce na jego kolejne przygody będzie się inaczej patrzeć, bo to już nie będą tylko ciekawe opowieści z podróży, ale historie człowieka z krwi i kości, który ma tyle samo do stracenia co i my.

Książkę czyta się w tempie błyskawicznym i nie ma się ochoty na jakieś przerwy w tej przygodzie. Mi na szczęście dana była długa podróż, więc nie miałem dylematów co wybrać i mogłem się oddać tylko czytaniu. Michniewicz ma dar żywego przekazania tego co widział, bez zbędnych fajerwerków w opisach przyrody lub zabytków. Jesteśmy zawieszeni nad jego głową, widzimy jego oczyma i mamy wgląd w jego myśli. Nie ma nas tam, ale jednak jesteśmy dzięki jego wszystkim zmysłom. Czego nie zobaczą jego oczy, poczuje nos lub usłyszą uszy, to poznamy dzięki myślom. Dostajemy obraz miejsc, ludzi i myśli autora, a co z tego sobie zostawimy w pamięci zależy tylko od nas. A że Michniewicz to inteligentny facet, wiedzący czego chce, znający nie tylko swoje mocne strony, ale również słabości, w dodatku człowiek, który widział świat z różnych stron, to odbiór jego książek jest przyjemnością i nie męczy sztucznym mentorstwem i nadmiarem niepotrzebnych treści. Dostajemy nie tylko suche zdjęcie z podróży, ale opowieść żywej osoby, którą słuchamy jakby była ona mówiona tylko do nas. To nie jest oglądanie dalekiego świata za szybą. Dzięki Swoją drogą, możemy ten świat poczuć tak, jakbyśmy tam byli naprawdę. Szczerze polecam nie tylko tym, którzy w podróżach widzą spełnienie swoich marzeń.

Tycjan

Zdjęcia wykorzystane w nagłówku pochodzą ze stron: www.fundacjaiskierka.plmedia.allegro.pl.