Spotify i nic więcej mi nie trzeba

spotify

Od chwili uruchomienia w Polsce serwisu Spotify całkowicie przestałem martwić się o muzykę. Wcześniej, jak zapewne większość z nas, korzystałem z różnych źródeł i niekoniecznie były one do końca legalne (nawet jeżeli chodzi tylko o moralny aspekt takiego procederu). Obecnie płacę abonament miesięczny (19,99 zł, dla użytkowników mobilnych usługa jest darmowa) i mam święty spokój. Zaraz znajdzie się pewnie jeden z drugą, który wyskoczy z hasłem, że tam nie ma wszystkiego lub on/ona słucha tylko takiego, a takiego autora i jego muzyki na Spotify nie znajdzie. Pewnie tak jest, ale ile z tych narzekających kupuje legalnie płyty tego autora? Wolę czegoś nie słuchać i czuć moralny spokój, niż być zakłamanym wielbicielem artysty, którego tak naprawdę nie doceniam, bo nie płacę mu za jego pracę. Wszelkiego rodzaju argumenty, że „nie kupuję bo mnie nie stać” strasznie mnie irytują, bo są bezsensowną próbą usprawiedliwienia swojego postępowania. Jeżeli ktoś uważa, że każdy może mieć wszystko, a brak środków na to jest usprawiedliwieniem np. kradzieży jest idiotą. Inaczej takiego człowieka nie można nazwać, bo jeżeli każdy by tak myślał bo idea własności nie miałaby sensu, a rozbój i kradzieże to byłby nasz chleb powszedni.

Oczywiście Spotify to nie tylko ścierak sumienia, ale również źródło nieodkrytej jeszcze muzyki. Są dni, tygodnie, że nie słucham swoich ulubionych płyt, ale tylko skaczę od jednego artysty do drugiego, który jest mi zaproponowany, albo powiązany z innym. Uwielbiam to zwłaszcza jak ląduje tak właśnie poznany album w mojej bibliotece, a później do niego wracam. Czuję się jak muzyczny odkrywca, który znalazł złoto w strumieniu szlamu i brudnych nut płynących z głośników.

Tycjan