Portugalia! Porto – moja miłość

Hm, jak by wytłumaczyć fakt, że wspomnienia sprzed grubo ponad roku zamieszczam dopiero teraz? Jakbym się uparła to na pewno znalazłoby się co najmniej 10 dobrych powodów, ale czy to coś zmieni? No raczej nie, więc może skupmy się na tu i teraz, bo tu i teraz jest zimno i ciemno, a w Porto było ciepło, słonecznie i wakacyjnie, więc warto sobie ten  klimat przypomnieć…

Przed wyjazdem do Portugalii słyszałam, że ludzie dzielą się na miłośników Lizbony i tych zakochanych w Porto. Po podróży mogę to potwierdzić i zdecydowanie zakwalifikować nas do tej drugiej grupy. Lizbona jest piękna, zachwycająca nawet, ale to Porto nas w sobie rozkochało. Porto ma to  coś, co ciężko nazwać, ale co sprawia, że czujesz się tam jak w domu.

Zgodnie z wcześniej ustalonym planem, z Lizbony udaliśmy się do Porto. Postanowiliśmy pojechać pociągiem, bo lubimy lokalne środki transportu, a  przy okazji można coś z okna jeszcze zobaczyć :) I tak po nieco ponad 3 godzinach podróży  wysiedliśmy na najpiękniejszym dworcu jaki widzieliśmy, czyli Sao Bento. Dworzec jest atrakcją samą w sobie, więc będzie o nim jeszcze mowa. Wśród wąskich, stromych uliczek odnaleźliśmy nasz hostel (doskonały! The Poets Inn) i już zachwyceni ruszyliśmy w miasto. Porto ma nieco inny klimat, bardziej wietrzny, temperatury są troszkę niższe, jest bardzo przyjemnie, ale wieczorem czasem przyda się coś z długim rękawem. Mimo że mieszkaliśmy przy samej wieży Torre del Clerigos, jej zdobycie zostawiliśmy sobie na sam koniec, a zaczęliśmy od nabrzeża rzeki Douro i słynnego mostu Ponte Luis, zaprojektowanego w pracowni Gustava Eiffel’a. To że ten widok zapiera dech w piersiach, to bardzo mało powiedziane…

Wieczorem widok jest równie oszałamiający, bo cała Ribeira (czyli nadbrzeżny deptak przy Douro) oferuje widok na most i na klasztor Mosteiro da Serra do Pilar, który w świetle dziennym jest raczej mało zachwycający, za to oświetlony stanowi jeden z pocztówkowych obrazów Porto.  Można sobie usiąść na ławce, na schodach lub ziemi i patrzeć na panoramę winnych piwnic i winiarni w Vila Nova de Gaia. Calem, Sandeman, Ferreira, Graham’s, Offley, Cockburn’s, Kopke…. neony znanych winnic zachęcają i prędzej czy później należy z tego zaproszenia skorzystać, bo porto w Porto smakuje jak nigdzie indziej na świecie…

Mimo pokus, zwiedzanie zaczynamy jednak nie od winiarni, tylko od obowiązkowych punktów programu, czyli właśnie Ribeira i Ponte Dom Luis. Bliskość naszego hostelu od centrum to niesamowita zaleta, można naprawdę w 5 minut znaleźć się wszędzie, można błądzić po tych cudnych uliczkach, odkrywając za każdym razem coś nowego. W wielu przypadkach trafialiśmy przypadkiem na jeden z wielu kościołów, do których obowiązkowo należy zajrzeć, bo są niesamowite, zarówno wewnątrz, jak i z zewnątrz. Sama bryła budynku zazwyczaj jest skromna i nie robi piorunującego wrażenia, ale azulejos już tak!

Skoro jesteśmy już przy azulejos, to dobry moment, żeby powiedzieć o dworcu kolejowym Sao Bento. Jadąc z Lizbony bardzo chcieliśmy przyjechać własnie na ten dworzec, okazało się jednak że nasz pociąg kończy bieg na dworcu Campahna. Na szczęście w kasie dowiedzieliśmy się, że na tym samym bilecie możemy jechać właśnie na Sao Bento, co pasowało nam również ze względu na bliskość centrum i naszego hostelu. Wysiadasz z pociągu i… łał! Zobaczcie sami:

W Porto naprawdę jest co zwiedzać, ale też nie ma się co napinać i lecieć z przewodnikiem w ręce, odhaczając kolejne atrakcje. Dajmy się trochę ponieść, zabłądzić, pooddychać trochę tym miastem i pożyć jego rytmem. A rytm jest iście południowy. Trzeba oczywiście pojechać nad ocean. Kąpieli nie polecamy, bo woda jest tak zimna, że przy tym Bałtyk to ciepła zupka, ale posiedzieć na plaży i popatrzeć w dal jak najbardziej… Zrobiliśmy sobie również wycieczkę do Matosinhos, gdzie poza oczywistym  napawaniem się widokiem oceanu, urządziliśmy sobie turniej minigolfa :D

Ogólnie luz. A jak luz, to kieliszek porto! Bardzo zachęcamy do zwiedzania piwnic znanych producentów porto, naprawdę warto, nie tylko ze względu na degustację. Można się dowiedzieć jak wygląda cały proces  tworzenia porto, a zwiedzanie dłuuugich korytarzy pełnych ogromnych beczek jest naprawdę super.

Jedno jest pewne, nogi w Portugalii trzeba mieć w dobrej kondycji. Tyle kilometrów ile myśmy tam zrobili to ho, ho. Do tego ciągle góra-dół. Ale warto. Tramwajem można się przejechać, żeby odhaczyć atrakcję, ale to pieszo trafi się do takich miejsc jak te…

 

Obowiązkowymi punktami programu są oczywiście miejsca związane z Harrym Potterem, czyli piękna secesyjna kawiarnia kawiarnia Majestic, w której J.K. Rowling podobnież pracowała nad pierwszym tomem przygód znanego czarodzieja oraz księgarnia  Lello & Irmao, której zachwycające wnętrze było inspiracją Hogwartu.  Skusiliśmy się więc na kawę w Majestic (bardzo dobra i wcale nie tak droga jak czytaliśmy w różnych przewodnikach), a potem udaliśmy się do słynnej księgarni. Jak się okazało do księgarni wstęp jest płatny, na dodatek trzeba wystać swoje w długiej kolejce, ale cóż, atrakcja to atrakcja.  Teoretycznie te 3 EUR które się płaci za wstęp zostanie doliczone do rachunku, jeśli się coś kupi, ale z góry wiedzieliśmy, że nam ta inwestycja raczej  się nie zwróci. Księgarnia robi niesamowite wrażenie, to wnętrze to – można powiedzieć – arcydzieło :) Niestety, przez tłum ludzi, ciężko zrobić tam zdjęcia.

Pewnie przez ten luz, o którym pisałam wcześniej nie zwiedziliśmy wszystkiego o czym piszą w przewodnikach, trochę nam zostało, dlatego trzeba wrócić :) Ale większość tych najważniejszych atrakcji zobaczyliśmy. Mieliśmy też kilka nieplanowanych atrakcji, np. kiedy przypadkiem trafiliśmy przy Ratuszu na wręczenie przez prezydenta Portugalii członkom reprezentacji narodowej w piłce nożnej odznaczeń za zdobycie mistrzostwa Europy, wspaniałe przeżycie, tysiące  śpiewających kibiców robiły wrażenie!

To na koniec jeszcze kilka zdjęć, co ja tu będę pisać. Jedźcie do Porto! :)

MoniQ