Portugalia! Lisbon story

Drodzy moi, Portugalia….kto był ten wie, kto nie był niech szybko jedzie :) A jako że  warto już zacząć planować wakacyjne wyjazdy, to ten wpis będzie trochę na zachętę… Zacznę od tego, że Portugalia była moim wielkim marzeniem od dawna. Kiedyś oczywiście wydawało mi się, że jest absolutnie poza moim zasięgiem, bo daleko i drogo, a dzisiaj ten zasięg to nieco ponad 3 godziny lotu za całkiem przyzwoitą cenę. Marzenia się spełniają, trzeba im tylko czasem troszkę pomóc :)

Plan był taki: jedziemy do Warszawy (pozdrawiamy gościnnych państwa Yoszów :)), z Warszawy do Lizbony, z Lizbony do Porto, z Porto do Berlina, z Berlina do Opola. Ta dammm! I wszystko wyszło tak jak miało wyjść, bo i świetne połączenia (by Ryanair), i fajne noclegi, w dobrych miejscach. Co do lotów, to Ryanair nam zdecydowanie bardziej podpasował, bo godziny odlotów i przylotów były bardziej sensowne, ale warto śledzić wszystkich przewoźników, czasem można trafić bilety za naprawdę niewielkie pieniądze, to wtedy nawet taksówka z lotniska może się opłacać :) Noclegi wyszukane oczywiście na Booking.com, za całkiem przyzwoite pieniądze w doskonałych lokalizacjach. W Porto nawet w lepszej niż doskonała, ale o tym później…

Nie będę bawiła się w opisywanie zabytków i wszelkich miejsc, które warto zwiedzić i zobaczyć, bo od tego są przewodniki… Najlepiej, aby każdy odkrył sobie dane miasto sam. Wiadomo, my korzystamy z przewodników, ale  też lubimy połazić i dać się zaskoczyć, co w dużych miastach zazwyczaj jest bardzo łatwe do wykonania…

Ale do rzeczy, po pełnym turbulencji, dość stresującym dla mnie locie, wylądowaliśmy w Lizbonie…. uuuu, gorąco, cudownie! Lotnisko w Lizbonie jest położone całkiem blisko centrum, powiedzmy jakieś 15-20 minut autobusem. W porównaniu ze Stambułem, gdzie do naszego miejsca docelowego mieliśmy ok. 50 km była to miła odmiana :) Ze znalezieniem naszego hostelu nie mieliśmy większych problemów, zatem porzuciliśmy tylko bagaże i ruszyliśmy na rekonesans. Pierwsze kroki zupełnie instynktownie skierowaliśmy w stronę wody, myśląc że to już ocean…okazało się, że to jeszcze Tag, którego ujście jest w tym miejscu bardzo szerokie. Pierwsze wielkie łał zaliczyliśmy na Praça do Comércio, ogromnym placu położonym tuż nad brzegiem, ze wspaniałymi budowlami wokół i jeszcze wspanialszym łukiem triumfalnym u szczytu placu. Potem tych łał było oczywiście dużo więcej, ale wiadomo, to pierwsze pamięta się najlepiej :) Następnie czekał nas kolejny obowiązkowy punkt programu: znalezienie najbliższego sklepu, którym okazał się być Pingo Doce (odpowiednik naszej Biedronki), potem nasz główny punkt zaopatrzeniowy przez cały pobyt.

Plan na Lizbonę mieliśmy raczej sprecyzowany, postanowiliśmy zacząć od Oceanarium i przyległych do niego obiektów pozostałych po wystawie Expo’98. To jest zdecydowanie punkt obowiązkowy, no chyba że ktoś zupełnie nie interesuje się przyrodą, to można odpuścić. W innym wypadku – trzeba koniecznie. Oceanarium jest naprawdę zachwycające. Jest tam wszystko, ryby duże i małe, ptaki, ssaki, płazy, bezkręgowce i rośliny morskie. Zdjęcia wydają się rozmazane, bo zbiorniki z wodą zrobione są z grubego przezroczystego tworzywa, które nieco zmienia optykę.

Reszta obiektu może nie jest szczególnie porywająca, ale stanowi fajne miejsce na spacer wzdłuż nabrzeża. Dla chętnych – można się przejechać (przelecieć?) kolejką linową, przejażdżka 20 metrów nad ziemią z pewnością oferuje piękne widoki. Myśmy jednak pozostali na ziemi i wykorzystaliśmy ten czas na jedną z naszych ulubionych czynności wyjazdowych  - piknik :) Zakupy w pobliskim hipermarkecie (bułeczki, ser, pomidory, owoce i oczywiście wino) i można się rozkoszować wakacjami :) Na wyjazdach raczej rzadko jadamy w lokalach, w Portugalii nawet gdybyśmy bardzo chcieli to byłby z tym problem, bo naprawdę ciężko tam znaleźć sensowny posiłek bez mięsa. Więc piknikujemy i jest to naprawdę niezapomniany czas.

Kolejne dni w Lizbonie potoczyły się również według wcześniej ustalonego planu. Następnym punktem w naszym rozkładzie była dzielnica Belem, czyli Klasztor Hieronimitów, Muzeum Marynistyczne, Wieża Belem i oczywiście słynne ciastka Pasteis de Belem. Wieża zrobiła na nas chyba największe wrażenie, jest niesamowita! Muzeum Marynistyczne też powinno się Wam spodobać, widać w nim jak bardzo Portugalczycy szanują swoją morską historię i wielkich odkrywców. Można nawet powiedzieć, że mają na tym punkcie lekką korbę :)

Lizbona ma w sobie jakiś taki fajny spokój, nawet tłumy turystów gdzieś się w nim gubią. Poza kilkoma wyjątkami (np. kolejka do windy Santa Justa) nie odczuwa się aż tak mocno tego, że jest się w stolicy kraju w środku lata. Owszem, jest sporo ludzi, ale jak to w dużym mieście, normalna rzecz. Co do wspomnianej windy… Stratą pieniędzy jest wjeżdżanie z dołu, sama przejażdżka nie jest wielką atrakcją, a do tego trzeba stać w gigantycznej kolejce. Lepiej wejść sobie od góry, od strony Klasztoru Karmelitów  za 1,5EUR na taras widokowy, który oferuje naprawdę cudne widoki, zwłaszcza tuż przed zachodem słońca.

No dobra, nie będę więcej Was zanudzać opisami, lepiej popatrzcie i planujcie wycieczkę do Lizbony!  :) Ulice i kamienice są  atrakcją samą w sobie. Jak widać, płytki azulejos są wszędzie. Są piękne, niektóre całkiem proste i praktyczne, inne przedstawiające wspaniałe sceny z historii lub religii. Choć mam wrażenie, że w Porto było ich jeszcze więcej, ale to zobaczycie w następnym wpisie…


Obrigada, MoniQ