Planować to ty sobie możesz…

2014-04-16 09.34.53

Dzisiaj wieczorem miał ukazać się tekst prosto ze szpitalnej sali, na której miałem spędzić kilka dni przed i po operacji. Miał, ponieważ teraz siedzę w domu zaskoczony przez polską służbę zdrowia i z niedowierzaniem spoglądam na opaskę informacyjną, bielącą się na moim nadgarstku, bo tylko ona pozostała mi z tej wizyty. Sytuacja prosto z komedii Barei.

Od jakiegoś miesiąca przygotowywałem się do tego zabiegu. Wprawdzie operacja przepukliny nie jest jakoś niebezpieczna i o przypadkach śmiertelnych nic mi nie wiadomo, to jednak jest to operacja związana z hospitalizacją. Ale po moich ostatnich przygodach na operacyjnych salach już nie mówię, że wszystko jest łatwe, szybkie i bez komplikacji. Wyrostek też wycina się raz, ale nie każdy musi wracać po kilku dniach do szpitala, bo coś poszło nie tak.

Wyrostek mnie zaskoczył atakiem, więc nie było nawet możliwości ogarnięcia tego, co się będzie działo w czasie zabiegu i po nim. Tutaj na szczęście mogłem się do tego przygotować, ale i tak myślenie o głównym punkcie wizyty starałem się w sobie wyłączyć. Czasem tylko wieczorami przed zaśnięciem nawiedzały mnie zmory przedoperacyjne.

Usypianie człowieka i robienie mu czegoś poza jego świadomością, nie napawa dziwnymi myślami tylko ludzi nie mających nic do stracenia, naiwnie wierzących w nieomylność medycyny, albo takich, którym polityczne spoty wyborcze wydają się ucieleśnieniem prawd wszelakich. Czy ja powiedziałem głupich? Dla całej reszty pozostałych, w tym i mnie, wizyta w szpitalu nie jest spokojnym wydarzeniem.

To już nawet nie chodzi o samo psychiczne nastawienie.  Tutaj możemy starać się coś sobie wyjaśnić, albo cieszyć się, że po operacji będzie już wszystko dobrze, więc uszy do góry. Wiadomo, wszystko jest w głowie i można to sobie w miarę poukładać, bez dużego nacisku na powodzenie wewnętrznego dialogu. Gorzej niestety, gdy musimy zmierzyć się z codziennym  życiem i sprawami, w które jesteśmy zaangażowani. Zawsze są jakieś toczące się projekty, w których musimy uczestniczyć, a to deadline wypada w czasie rekonwalescencji, albo musimy z czegoś rezygnować, bo wiemy, że ze względów medycznych nie podołamy później związanym z tym zadaniom. W takich przypadkach jesteśmy bezsilni. Wprawdzie miałem trochę czasu, żeby ogarnąć sprawy związane z pracą, ale i tak nie obeszło się  bez nerwów związanych z nadciągającymi  terminami, które w dodatku miały dziwną tendencję do przyspieszania. Część planów udało się ponaciągać, do części wprowadzić aktualizacje, ale część z możliwości mi uciekła. Trzeba było przełknąć straty i iść dalej.

Stawiam się dzisiaj z rana w izbie przyjęć, odwieszam „cywilki” w szatni, podpisuję papiery, zapoznaję się z zasadami szpitalnego życia i czekam na wizytę lekarza. I szkoda tylko, że nie mam jeszcze okularów Google, bo mina lekarza po badaniu była naprawdę warta rejestracji – jest pacjent, jest skierowanie do cięcia, ale przepukliny nie ma. Tak jest! Była, ale jej nie ma. I wprawdzie powinna być radość z mojej strony, ale co w takim razie mi dolega? Mają badać dalej. Nie będę się pastwił nad lekarzem, który badał mnie pierwszy i wypisał skierowanie do szpitala, bo może faktycznie wtedy objawy na to wskazywały. Wychodzę z założenia, że chciał dobrze. Taki wspaniałomyślny i dobry jestem. Podziękować za to muszę lekarzowi, który mnie zbadał w szpitalu i podszedł rozsądnie do tematu mówiąc „wprawdzie mogę pana rozciąć i stwierdzić to samo na stole, ale czy to ma sens?” Chwała Bogu, że ma takie racjonalne podejście do swojego zawodu i pacjentów. W dodatku nie miał kłopotu z przyznaniem, że pomyłki się zdarzają. Przecież każdy z nas coś w tej głowie ma, więc wie, że nie ma ludzi nieomylnych. Tutaj jednak mamy do czynienia z medycyną i jak to mówią „każdy ma jakąś chorobę, tylko nie wszyscy są jeszcze zdiagnozowani”. Dlatego jestem mu wdzięczny, że jednak nie chciał potwierdzać swoich przepuszczeń zaglądając do mojego wnętrza i że koleżeńska solidarność była dla niego mniej ważna od mojego samopoczucia.

Patrzę w kalendarz i zaczynam pisać kolejne emaile z informacją, tym razem nie że idę, ale że wróciłem ze szpitala. Potem odpowiadam, że nie żartuję i faktycznie wyszedłem w ten sam dzień. Niektórzy traktują mnie czasami jako dowcipnisia. Dobrze, że polska służba zdrowia ma taką opinię, że ludzie są w stanie szybko we wszystko uwierzyć i nie muszę się martwić oskarżeniami o bycie hipochondrykiem lub jakimś kombinatorem. Siedzę i zaczynam planować, bo przecież znowu wszystko się wykręciło i zmieniło bieguny.

Życie toczy się dalej. Dzisiaj jednak potwierdziła się teoria, że plany mają tylko uspokoić planującego, bo życie i tak ich nie czyta i robi co chce. Możesz zrobić sobie plan doskonały na wszystko, a tu nagle przychodzi, tak ja u mnie, jakaś choroba i wszystko trzeba planować ponownie, a stary plan ląduje w koszu.  Nie twierdzę, że nie trzeba ich robić, bo trudno przecież bez nich myśleć o przyszłości, ale takie podejście nie gwarantuje pełnego sukcesu. Planowanie uspokaja naszą psychikę. Mościmy jej spokojny sen z teoretycznie znanych sytuacji i sposobu ich rozwiązania, co otępia naszą czujność i naturalną gotowość do akcji. Planowanie trochę nas rozleniwia, a w życiu trzeba być czujnym i zdolnym do szybkiej reakcji na zmiany.  Mam nadzieję, że zapamiętam tę lekcję pokory. Na razie uśmiecham się myśląc o moim trzygodzinnym pobycie w szpitalu. Kto pobije mój rekord?

Tycjan

  • http://casalinga.pl/ Casalinga

    Tycjan, świetne! Nie tylko sama wiadomość (bo dobra ;) ) ale tekst świetny! Planowanie czegoś przy dzieciach to dopiero jest lekcja życia ;) Przy dzieciach uczysz się szybko dostosowywać do sytuacji ;)

    • http://tymczasem.in Mirosław ‚Tycjan’ Gucwa

      Teoretycznie dobra, praktycznie to cholera wie co mi w takim razie jest ;) Jesteś Ninja Live :)

  • Marcin Korzeniecki

    Niekoniecznie nauczysz się szybko dostosowywać:) Chyba, że dostosowaniem nazywamy machnięcie ręką na plany typu: miałem dzisiaj iść na spotkanie z kumplami, ale moje szczęście małe dostało biegunki/gorączki/nudzi się/zamęczyło już matkę i szuka nowej ofiary :) Tekst dobrze przyswajalny. Pisz dalej.

  • http://www.tymczasem.in Moni Q.

    Ja nawet nie wspomnę o tym jak to pokrzyżowało MOJE plany! ;D