Och, Italia….!

Wydaje się, że styczeń to dobry miesiąc, żeby zacząć już myśleć o wakacjach… tęskno mi już za słońcem, ciepłem i wakacyjną atmosferą. Mamy taki system wakacyjny, że na zmianę jednego roku wybieramy wakacje w Polsce, pod namiotem, a drugiego za granicą. Ma to  dużo plusów, czujemy się w porządku w stosunku do naszego kraju, staramy się nie zaniedbywać naszych pięknych zakątków, sporo zwiedzamy, a przy okazji spędzamy urlop raczej budżetowo. W tych latach kiedy wakacje wypadają za graniczą robimy tak, że wybieramy państwo, a potem dzielimy wyjazd na dwie części, najczęściej połowę spędzamy w jednym mieście, głównie na zwiedzaniu (Stambuł, Lizbona, a teraz Rzym), a drugą połowę w innym w mieście, ale już gdzieś bliżej morza. Do tej pory nam się ładnie udawało, miejmy nadzieję, że da się tak dalej :) Zatem w tym roku padło na Włochy. Ja dość długo dojrzewałam do tego wyjazdu, bo z niewiadomych przyczyn jakoś do Włoch mnie nigdy nie ciągnęło, ale w końcu i na mnie padło. Spora w tym zasługa Alicji z Wegannerd oraz Italia dla zielonych , uważam, że ona powinna zostać honorowym ambasadorem Włoch, bo marketingowo robi im niesamowitą robotę!

Tak czy inaczej, kupiliśmy bilety do Rzymu, zarezerwowaliśmy hotel i zaczęliśmy planowanie. Jeśli ktoś staje przed dylematem, jakie miasto we Włoszech wybrać na swój pierwszy cel podróży to z pewnością powinien być to Rzym.  Nie ma co, Rzym to Rzym, koniec kropka.

Rzym przywitał nas słońcem i upałem. Z lotniska Ciampino dość szybko udało nam się dotrzeć do hotelu, szybko się ogarnęliśmy i w miasto! I już na wstępie zaliczyliśmy pierwszy opad szczęki, kiedy weszliśmy jakimś tylnym wejściem do Bazyliki Matki Bożej Anielskiej i Męczenników. Nie mieliśmy pojęcia dokąd to wejście nas zaprowadzi, poszliśmy na zasadzie „ciekawe co tam jest….”

A tak wygląda wejście główne:

W Bazylice pierwszy raz zobaczyliśmy na żywo rzeźby Igora Mitoraja, polskiego rzeźbiarza, mieszkającego we Włoszech, którego sztuka jest tam bardzo ceniona i bardzo często spotykana…

 Efekt „łał” był na porządku dziennym, bo wrażenie jakie robi to miasto jest niesamowite. Tak konkretnie mieliśmy zaplanowane tylko zwiedzanie Koloseum i okolic oraz Muzeów Watykańskich, bo tam kupiłam bilety jeszcze w Polsce (mała porada – co się da, warto kupować przez Internet, nawet jeśli trzeba dopłacić za to kilka EUR, bo kolejki wszędzie są spore i dzięki temu, że do Koloseum mieliśmy już kupione bilety zaoszczędziliśmy sobie ok. 2 godzin czekania w pełnym słońcu).  Warto wydać również 5 EUR na audioprzewodnik, to zdecydowanie zmienia odbiór. Koloseum, Palatyn i Forum Romanum, czyli kompleks antycznych zabytków, który obejmuje bilet to wycieczka na cały dzień, naprawdę, nogi można schodzić, więc wygodne buty to podstawa. Nawet nie wiem jak to opisać,  zdjęcia też tego nie oddadzą bo Koloseum wewnątrz nie jest fotogeniczne :), ale dla bardziej czułych na historię to będzie uczta, dla mniej wrażliwych  – może tylko długi spacer wśród ruin, ale w obu przypadkach warto bo wszystkie te miejsca są niesamowite :) Najbardziej mnie zachwyciło Forum Romanum. Miałam podobne odczucia jak w Efezie, że wręcz słyszałam dźwięki toczącego się wtedy życia… (potem to samo do potęgi n miałam w Pompejach, ale to osobna historia).

Rzym daje taką cudowną swobodę, że nawet jeśli nie kupisz przewodnika, i będziesz chodzić po mieście ot tak,  teoretycznie bez celu, to nie ma siły, zawsze i tak trafisz do zabytków, kościołów,  fontann, placów i wszystkiego właściwie co w Rzymie należy zobaczyć.  Po prostu one wszędzie są. Wszędzie. Do fontanny Di Trevi trafialiśmy przez pierwsze 3 dni właściwie codziennie i niemal zawsze przypadkiem ;-) Zatem wystarczą dobre buty i butelka na wodę i parę EUR na pizzę i espresso :) A propos butelki na wodę… kocham Rzym za „nosale”, czyli kraniki z pitną wodą, których jest w mieście ok. 2500 i są właściwie na każdym kroku, nie zdąży się nawet poczuć pragnienia. Jest to naprawdę niesamowita wygoda, bo nie trzeba nosić ze sobą dużych butelek wody, zawsze można napić się zimnej wody, nie mówiąc nawet o oszczędności, bo przy temperaturach  rzędu 4o stopni i całodziennym wysiłku to jednak sporo tej wody idzie… a tak to przez cały pobyt nie kupiliśmy w sklepie ani jednej butelki wody. Zatem kolejna ważna rzecz – butelka na wodę.

Kościół, kościołem pogania… Serio, udało nam się zwiedzić ogromną ich liczbę, odznaczaliśmy sobie wszystkie odwiedzone miejsca na takiej turystycznej mapce atrakcji, którą dostaliśmy w hotelu. To pomaga ogarnąć to wszystko, bo w pewnym momencie człowiek przestaje się orientować gdzie już był, a po 10 Bożym przybytku nie pamięta się już nic poza Bazyliką św. Piotra, bo to akurat doznanie niezapomniane, mimo że właściwie KAŻDY kościół w Rzymie wygląda jak najlepsza katedra w Polsce  :) Wstęp do kościołów jest darmowy, to akurat miła odmiana po Lizbonie, gdzie bywały kościoły z dostępną częścią darmową i taką, do której za wstęp trzeba było zapłacić.

Inny obowiązkowy punkt programu to Muzea Watykańskie. To po prostu trzeba zobaczyć, przygotujcie się na 7 godzin zwiedzania i efekt wow. Mieliśmy plan oblecieć cały Watykan jednego dnia, ale nie daliśmy rady. Aby zwiedzić Bazylikę św. Piotra i Kaplicę Sykstyńską wróciliśmy dwa dni później. W Bazylice zdecydowanie polecam wydać te 6 EUR za wejście na kopułę bazyliki. I zdecydowanie warto przyjść wcześniej, wtedy jeszcze nie ma tłumów, myśmy przyszli  przed 9 rano i plac św. Piotra był jeszcze przyjemnie pusty, aczkolwiek i tak czekaliśmy prawie 40 min. w kolejce. W południe kolejka już okrążała cały plac…

Co zachwyca w krajobrazie Rzymu to to, że właściwie nie widać tam wieżowców, biurowców, one na pewno są tylko poza historycznym centrum (które obejmuje jak widać, całkiem sporą część miasta….).

Kiedy przejdzie się Tybr wrażenia są nieco inne, Zatybrze jest takie trochę bardziej przaśne, mniej eleganckie i zabytkowe a bardziej artystyczne, ale niezwykle urokliwe i skrywa przepiękne małe uliczki, małe knajpki i romantyczne zakątki.

Jednym z piękniejszych kościołów jest Bazylika Najświętszej Marii Panny na Zatybrzu (Basilica di Santa Maria in Trastevere), choć z zewnątrz nie wygląda imponująco, to wnętrze zachwyca, może nie z powodu przepychu ale klimatu…

Dajcie się ponieść, tak jak mówiłam, do wielu miejsc i tak trafia się przypadkiem… Nie da się w takim skrócie opowiedzieć i polecić wszystkich atrakcji i zabytków. Oczywiście zostawianie wszystkiego na żywioł może skutkować tym, że do Rzymu trzeba będzie wrócić i „poprawić” zwiedzanie, ale prawda jest taka, że nie byłoby to tragedią, a poza tym szanse, że zwiedzi się wszystko podczas jednego pobytu są równe zeru. Nasz wyjazd trwał tydzień, wydawałoby się, że to sporo czasu, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że dzień w dzień 12 godzin spędzaliśmy w mieście, cały czas na nogach, a i tak mamy po co do Wiecznego Miasta wracać.

Włochy to oczywiście też kawa, lody i jedzenie. Spaghetti i pizza, pizza i pizza…. :-D Rytuał był niezmienny przez cały wyjazd, dzień zaczynaliśmy od espresso w pobliskich barach. A potem w ciągu dnia jeszcze jedno lub dwa…. Uzależnienie to zostało nam do dziś :)

Po tygodniu naszych rzymskich wakacji ruszyliśmy do Neapolu. Rzym zostawił w nas wspaniałe wspomnienia, a Neapol zaskoczył nas dwukrotnie. Ale o tym w następnym wpisie :)

MoniQ