Mole w kuchni. Książkowe.

Ta damm!

Noworoczny powrót córki marnotrawnej. I wcale nie będzie o molach :) W celu zmotywowania się do gotowania, do robienia zdjęć i pokazywania Wam tego efektów weszliśmy w posiadanie kilku nowych książek, z którymi wiążę wielkie nadzieje, że na nowo obudzą we mnie ten głód, dosłownie i w przenośni :)

Krótki rys historyczny: chyba każdy z nas miał w domu Kuchnię Polską. Jednak pewnie nie wszyscy z takim ja ja uwielbieniem wertowali ją, ciesząc oczy zdjęciami (które wtedy wydawały mi się niesłychanie piękne) mięs, bigosów i innych wspaniałości, zwłaszcza wypieków… W porównaniu do dzisiejszych standardów teraz te zdjęcia już na kolana nie powalają, ale sentyment pozostał, co poradzić… Mieliśmy też w domu starą, przedwojenną książkę kucharską, której opisy i zdjęcia zastawionych stołów w zderzeniu w siermiężną rzeczywistością lat 80-tych powodowały u mnie nieodparte poczucie, że urodziłam się dużo za późno :D Teraz rynek jest  zasypany książkami kucharskimi, wszystkich rodzajów, wszystkich sposobów żywienia, właściwie każdy może książkę wydać.  Zachwycają wszystkim, od oprawy graficznej, poprzez wyszukane przepisy, aż po pomysły na podanie potraw, nic tylko brać, korzystać, inspirować się!   Zatem przedstawiam Wam część naszego kuchennego księgozbioru, jest tego oczywiście dużo więcej, ale wybrałam te najlepsze, najpiękniejsze, najważniejsze…

Od tego właściwie wiele się zaczęło. Dostaliśmy tę książkę na Gwiazdkę 2 lata temu i dzięki niej zainteresowaliśmy się dietą wegańską. Przepisy pani Marty towarzyszą nam do dziś, niektóre w niezmienionej formie, inne lekko zmodyfikowane. Hummus, bulion, falafele czy smażona soczewica…. no i takiej wegańskiej grochówki jak z Jadłonomii nigdzie nie znajdziecie!

Ta książka jest z nami od niedawna, więc na razie jestem na etapie zachwytu nad treścią, nad sposobem opisywania przez autorkę różnych potraw, ich historii, rodzinnych zwyczajów z nimi związanych i emocji jakie im towarzyszą… Zdjęcia są cudne, takie swojskie, jak wyjęte z rodzinnego albumu, nie stylizowane, uładnione i wygładzone… jest wieś, są kolorowe fartuchy babć, są uszczerbione emaliowane garnki na mleko, no po prostu naturalnie…. ach!

Ostatnio nasza ulubiona. Mamy już przerobionych kilka przepisów, między innymi wspaniałe curry z buraczków, przepyszną fasolkę po pendżabsku i pasztet z soczewicy z cytryną i brukselką (który świetnie sprawdził się jako pasztet w słoiku), a w kolejce czeka kulebiak i jeszcze więcej pasztetów :) Wszystkie ilustracje są autorstwa pani Alicji i są piękne!

Kolejna książka, która wyszła z bloga… dla mnie to do tej pory głównie był to profil na instagramie, jakoś wystarczyło mi obserwowanie i podziwianie zdjęć, widać uznałam, że wystarczająco można zaczerpnąć z rodzimej blogosfery :) Jednak kiedy ukazała się książka, Tycjan ją sobie zażyczył i oto jest!  Jest naprawdę piękna, inspirująca i taka….delikatna, zdjęcia są lekko rozmyte, rozbielone, jakieś takie zwiewne….

Ponieważ ta książka jeszcze czeka na swoją kolej to przypomnę, że na blogu kiedyś pojawiła się sałatka Central Park  z bloga pani Sarah.

Niezłe nazwisko dla autora książki wegetariańskiej, nie? :) Całość kręci się wokół kuchni bliskowschodniej, na blogu pojawiła się jedna z potraw – Vospapur. Lubię takie smaki, coś mi mówi, że kulinarnie bym się w tamtych stronach odnalazła… Swoją drogą,tę książkę, jak i kilka innych, kupiliśmy w TK Maxx za grosze, warto tam zaglądać, bo czasem można znaleźć prawdziwe skarby.

Pozostając w klimacie Bliskiego Wschodu, pamiętam, jak zobaczyłam w księgarni książkę Jerozolima. Byłam zachwycona, wtedy takich książek zbyt wiele nie było, już już mieliśmy ją kupić, jednak zbyt mała liczba przepisów na potrawy bezmięsne nas powstrzymała. I warto było jeszcze poczekać, bo niedługo później ukazała się wegetariańska książka tego autora, a jeszcze całkiem niedawno kolejna… Obfitość jest tą pierwszą i tytuł w sumie wyjaśnia wszystko, bo przepisów jest multum. A zdjęcie na okładce powoduje rzęsisty ślinotok! W środku jest jeszcze lepiej, kilka przepisów już nas zachwyciło, m.in. smażona fasola z fetą, szczawiem i sumakiem. A propos sumaku… Mam taką refleksję, kiedyś było tak, że te „ezgotyczne” książki były w naszych warunkach mało praktyczne, połowy składników nie znaliśmy, drugiej połowy nie można było kupić w sklepach… teraz problem właściwie przestał istnieć, owszem, zdarzają się jeszcze składniki, których nie ma w osiedlowych sklepach i trzeba je specjalnie  zamawiać, ale dostępność jest niemal 100%.

Nie kupiłam Jerozolimy, ale „Smakom Izraela” już się nie oparłam :) To nie jest wegetariańska książka ale zawiera sporo przepisów na bezmięsne dania, na kuszące wypieki i przekąski. Sama w sobie jest ciekawą opowieścią o Izraelu, o świętach i rytuałach, o ulicznym jedzeniu, a wszystko w towarzystwie zdjęć z ulic, z targów, knajpek, piekarni… po prostu z życia.

Zacząć oczywiście należy od szakszuki, to chyba danie, które mi przynajmniej najbardziej kojarzy się z Izraelem, choć tak naprawdę pochodzi z Tunezji. A potem można już szaleć dalej. Hummus i zatar są u nas już na stałe, pasty do chleba (muhamara czy babaganusz) również. Przy okazji odkryłam, że zapiekany makaron z jabłkami, jaki od zawsze robiło się w moim domu jest potrawą żydowską, co teoretycznie nie powinno mnie dziwić, skoro pochodzę z miasta gdzie przed wojną niemal równo po 1/3 mieszkańców stanowili Polacy, Żydzi i Ukraińcy.

Ostatnio tu i ówdzie byłam świadkiem dyskusji na temat o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy, czyli sporu wegetarian z mięsożercami. Padały różne argumenty, niektóre niepodwarzalne (po prostu lubię mięso i już!), niektóre bardziej z czapy (mam grupę krwi O), a jeszcze inne zupełnie dla mnie niezrozumiałe (dieta wegetariańska jest pracochłonna i na dodatek niepełnowartościowa). Mam nadzieję, że choćby zajrzenie w księgarni do tych kilku propozycji pozwoli Wam ocenić czy jedzenie bezmięsne, bez względu na pobudki, jakimi jest powodowane jest rzeczywiście nudne, pracochłonne i niepełnowartościowe. Wesołego roku!

MoniQ