Być albo nie być, czyli wegański półmetek

SAMSUNG CSC

Wegański miesiąc: być albo nie być, czyli półmetek

Jogurt, mleko, sery, jajka, masło. Nigdy nie przyszło nam do głowy, żeby usunąć je z naszego jadłospisu. Mięsa nie jem od lat, Monia sporadycznie, ale te produkty były dla nas czymś oczywistym i spożywaliśmy je codziennie. Mówią nigdy nie mów nigdy, a my jesteśmy kolejnym potwierdzeniem tej odwiecznej prawdy. Od dwóch tygodni trwa nasza przygoda z kuchnią roślinną i projekt wegańskiego miesiąca powoli osiąga półmetek.

Tycjan – wegetarianin

Nie widzę drastycznej różnicy w sposobie swojego odżywiania w stosunku do osób jedzących mięso, oczywiście nie mówię o nim samym, ale o codziennych praktykach. W ostatnich latach na śniadanie jadałem przeważnie płatki/pszenicę z jogurtem, potrawy z jajek lub kanapki z serem białym/żółtym, pomidorem, jajkiem, ogórkiem, cebulą i pasztetem sojowym, w różnych kombinacjach. Masłem pieczywa nie smarujemy, ale używamy go do gotowania. W pracy lunch w postaci jogurtów i płatków owsianych, z tym że ja preferuję smak wytrawny, np. jogurt  naturalny z pesto.  W domu przeważnie wspólny obiad wegetariański (warzywa, kasze, makarony, sałatki, zupy), który ze względu na porę jest od razu naszą kolacją. Do tego dochodzą w ciągu dnia owoce, w weekendy ciasta, pizzą nie pogardzę… ogólnie jak widać nic w tym dziwnego nie ma i nie jest to nic drastycznie innego lub odmiennego. Wegetarianizm z ludzką twarzą.

Wegańska kuchnia nie jest już tak liberalna i wnosi do naszego życia kilka zmian, które czasami mogą nas postawić w trudnej sytuacji, gdy całe ciało krzyczy zjedz to, a jednak wiesz, że nie możesz tego zrobić, bo to nie jest wegański posiłek. Jeżeli potrzebujecie dobitnego przykładu, to powiem jedno: czekolada mleczna. Trzeba być twardzielem, żeby odmówić, gdy widzisz jakąś nową i wymyślną w smaku pokusę. Takich sprawiających kłopot potraw jest sporo, bo przecież mało kto z własnej woli gotuje bez zastosowania tłuszczów zwierzęcych, mleka lub jajek. Nie jedząc własnoręcznie robionych dań, musimy liczyć więc, że  nie będziemy mogli zjeść większości sałatek (sos jogurtowy, majonez, jajko), zup wykańczanych śmietaną, pierogów prawdopodobnie wszystkich (ciasto – jajko, ale na pewno ruskich), jajecznicy, ciast (mleko, jajka), słodyczy (mleko). Znajdzie się tego jeszcze więcej, ale to takie, przynajmniej dla mnie, najbardziej newralgiczne potrawy, które spotykam na swojej drodze. Ogólnie można powiedzieć, że weganin poza domem, to za lekko nie ma, ale zawsze w ramach pocieszenia może sobie zrobić własne fast foody, jak. np. tortille z falafelami i warzywami.

Po co wybrałem taki żywieniowy masochizm, bo przecież w tym, co wcześniej napisałem pozytywów trudno szukać. I tutaj Was zaskoczę i to nie z przekory, ale z doświadczenia płynącego z tych dwóch tygodni – nie jest tak źle. Oczywiście nie doświadczyłem wszystkich z wymienionych wyrzeczeń, ale to co zrobiliśmy z naszymi posiłkami, aby je dostosować do kuchni roślinnej ma więcej plusów, niż minusów.

Większość przepisów, które obecnie gotujemy pochodzi z książki i bloga Jadłonomia. Ich autorka, Marta Dymek jest taką naszą matką chrzestną „wegańskiego miesiąca”, bo to przecież jej przepisy były inspiracją do podjęcia tego wyzwania. Przepisy są rewelacyjne i praktycznie każdy może z nimi bez bólu wejść w świat kuchni wegańskiej. Pozostałe posiłki obiadowe/kolacyjne, to nasze standardowe dania typu zupy kremy, makaron i ryż z warzywnymi sosami. Tutaj wegetariańskie doświadczenie pomaga. Wystarczy zamiast śmietany skorzystać z mleka kokosowego i nie stosować masła. Proste.

Pierwsze dni wegańskiego życia trzeba przyznać były pracowite. Musieliśmy wdrożyć się w nowy tryb przygotowywania posiłków. Zaczęliśmy od zrobienia kilku litrów esencjonalnego bulionu warzywnego, żeby go potem używać do gotowania zup. Chcieliśmy przy okazji wykluczyć z naszej kuchni popularne kostki  rosołowe, bo nawet te warzywne, to sama sól, tłuszcz i konserwanty. A jak widać ze zdjęcia, taki bulion to kwintesencja bardzo dużej liczby smaków, który w całości tworzy idealne wypełnienie każdej potrawy. Po ugotowaniu wszystko pakujemy do woreczków na lód, wrzucamy do zamrażalnika i mamy własne zdrowe lodowe kostki smakowe.

Zmiany nawyków żywieniowych zaczęliśmy od śniadań. Jadamy na nie teraz kaszę jaglaną z owocami, mlekiem kokosowym i żurawiną lub kanapki z pastami i standardowymi kanapkowymi dodatkami. W przypadku zamiennika mleka bardziej smakuje mi mleko kokosowe i nawet czasami pijam je rozcieńczone z wodą jak zwykłe mleko, np. po bieganiu. Co do past na kanapki, to praktycznie można je zrobić ze wszystkiego, a granicą jest tylko nasza wyobraźnia. My teraz mamy dwa rodzaje hummusu, za którym przepadamy od lat i robimy go dosyć często oraz pastę z pieczonej papryki, pieczonego czosnku i orzechów włoskich. Ten ostatni wynalazek jedliśmy pierwszy raz w Turcji i teraz ponownie zachwycamy się tym smakiem, wspominając cudowne wakacje.

W przypadku obiadów, to ciężko tu mówić o drastycznych zmianach, poza tymi, o których już wspomniałem. Jeżeli założymy, że Monia praktycznie mięsa na obiad nie jada, to jadamy bardzo często to samo. Obecnego braku śmietany i masła nie odczuwam. Bonusem naszej przygody z weganizmem jest próbowanie kolejnych przepisów z Jadłonomii, książki Veggiestan lub tworzenie nowych, własnych potraw. Powalił nas smak duszonej soczewicy („Smażona soczewica na śniadanie” – sprawdza się i na obiad) i grochówki („Grochówka jak wojskowa”), ale soczewicy na lekko kwaśno z małymi marcheweczkami („Afghan carrot hotpot”) też  dużo nie brakowała do ideału. Do tego oczywiście zupy w postaci tradycyjnej (grzybowa – „Zupa babci Marii z suszonych grzybów”) jak i moich ukochanych kremów. Z nowości, to zdecydowanie zasmakowałem w kremie z selera oraz kremie marchewkowym). Wymyślanie lub przerabianie dań też nam wychodzi i tutaj nic się nie zmieniło, bo nie raz dostosowujemy nasz obiad do naszych zachcianek smakowych lub do zawartości lodówki i szafek. Jestem szczególnie dumny z wariacji na temat włoskiej zupy Ribollita, którą zrobiłem w polskim wydaniu. Niestety bardzo żałujemy, że tak wcześnie robi się ciemno i jedyne zdjęcia, które jest sens robić, to te na Instagrama, gdzie słaba jakość jest mniej widoczna. W weekend też nie zawsze jest czas gotować do południa, bo teraz w tym czasie załatwiamy sprawy związane z wykończeniem mieszkania. Na pewno jednak coś przygotujemy na bloga z przepisów wegańskich, tylko światło musi nam na to pozwolić.

Największe zmiany zaszły w naszych lunchach, gdyż jogurty i płatki poszły w odstawkę. Jest to decyzja, której nie żałuję w 100% i nie zamierzam wracać do wcześniejszego typu posiłków. Nie ma co się mi zresztą dziwić, skoro mam teraz pyszne, ciepłe i aromatyczne dania lub sałatki. Wiąże się to niestety z dodatkową pracą, bo trzeba to dzień wcześniej przygotować, ale czasami wystarczy tylko ugotować kaszę, ryż lub makaron, do pudełka oprócz tego dorzucić resztę warzyw z obiadu i odgrzać w pracy w mikrofalówce. Z sałatkami jest więcej roboty, ale wizja dnia następnego z taką sałatką w przerwie obiadowej sprawia, że chce się ją robić. Koniecznie muszę wrzucić jeden przepis na sałatkę, która podbiła nasze podniebienia i możemy ją jeść prawie cały czas.

Lunche są teraz nie tyko smaczne, ale też lepiej się po nich czuję. Organizm lepiej je chyba przyswaja niż standardowe płatki z jogurtem i zamiast ciężkiej kuli w żołądku, jestem miło syty (ale nie przejedzony), a po kilku godzinach gotowy na właściwy obiad w domu. Nie wiem jak potoczy się moja przygoda z weganizmem, ale tego typu posiłki będą teraz miały właśnie taką postać. Człowiek całe życie się uczy i jak widać, nawet wegetarianin o dobrym żywieniu może się czegoś nauczyć, bo na pewno to, co jem teraz jest bardziej dla mnie korzystniejsze.

Czy w takim razie weganizm dużo zmienił nasze życie? Rozumiem, że możecie być trochę skołowani tym co napisałem, bo praktycznie zmian dużych nie widać. I coś w tym jest. Wprawdzie nie mieliśmy jeszcze konfrontacji w postaci przyjęć lub jakichś świąt, więc tych najgorszych wyrzeczeń nie przeżyliśmy, ale faktycznie można powiedzieć, że wegańskie życie nie jest złe. Poznałem kilka nowych produktów, które zostaną z nami już pewnie na zawsze. Na pewno kasza gryczana nieprażona, która smakiem jest pomiędzy znaną wersją – prażoną, a kaszą jęczmienną. Świetny smak i teraz praktycznie jem jej najwięcej. Podobnie jest też z kaszą jaglaną, niedocenianą, ale bardzo zdrową. Jest to najstarsza znana kasza nie zawierająca glutenu, odkwaszająca organizm i ocieplająca go od wewnątrz (idealna na zimowe śniadania). Dodatkowo zawiera dużo dobrze przyswajalnego białka i witamin z grupy B oraz zmniejsza stan zapalny błony śluzowej (katar precz) i zwiększa odporność. Czysty skarb z prosa. Na przekąskę idealny jest dla mnie prażony len złoty, który jest bardziej orzechowy w smaku od swego znanego ciemnobrązowego kuzyna. Jem go łyżeczką w ramach podgryzania albo dodajemy go do potraw w formie posypki. Z dziwnych rzeczy, które nas zaskoczyły to na pewno smak czarnej soli (Kala Namak). Wydaje się zwykłą solą, ale pachnie przy tym jak gotowane jajka i dodając ja do pasty (np. z tofu) możemy otrzymać wegańską pastę jajeczną. Również wspomniane wcześniej mleko kokosowe bardzo zyskało w moich oczach, bo dotychczas używaliśmy je tylko do gotowania. Niestety mleko sojowe już nie jest tak dobre, ze względu na jego tępy smak. Za to tofu okazało się świetną bazą do wielu dań (m.in. tofucznicy i klopsików do makaronu z pomidorami). Do tej pory nie byłem jego fanem i jego smak nie był czymś, za czym bym tęsknił.

Oprócz mleka sojowego, to tylko jedna wegańska opcja zastępcza nie podeszła mi pomimo dużej liczby pochwał jaką zbiera w sieci. Migdałowy parmezan, w niczym nie przypomina słodko-ostrego i aromatycznego smaku prawdziwego parmezanu. Weganie muszą się bez tego obejść i niestety (mam nadzieję, że się nie obrażą) sporo tracą. Uwielbiam wszystkie mocno pachnące sery z pleśnią białą, zielona czy niebieską i tutaj widzę pewien problem. Ale tak jak napisałem w przypadku mięsa, to wszystko jest w głowie i pewnie to też jest przyzwyczajenie, które można zastąpić czymś innym jeżeli tylko zaistnieje taka potrzeba.

Samopoczucie mi się nie zmieniło i nie widzę negatywnego wpływu diety wegańskiej na moją psychikę lub kondycję fizyczną. Otoczenie też niczego nie sygnalizuje, więc pewnie tak jest. Nie mam żadnych dołów, nie tęsknię za zakazanymi składnikami i nie mam zamiaru zrezygnować z kolejnych dwóch tygodni naszego wegemiesiąca. Jedzenie jest dość lekkie i lekkostrawne, a przez to lepiej się czuje mój organizm. Może aż tak bardzo tego nie okazuje, ale mam wrażenie, że jest mu lżej. Ja osobiście liczę na to bardzo, bo chciałbym pozbyć się  kliku zbędnych kilogramów i to nie tylko po to, żeby poprawić tempo biegania.

Tycjan

Monia – mięsożerca

Po pierwszych dwóch tygodniach zmian człowiek już mniej więcej wie czy za czymś tęskni, czy mu czegoś brakuje albo wręcz przeciwnie, może już wie, że odkrył nowe lądy i nie chce wracać…

Jakby mi ktoś rok temu powiedział, że będę choć próbować być weganką to z pewnością bym nie uwierzyła, mimo że typowym mięsożercą aktualnie nie jestem. Jako dziecko byłam skrajnie mięsożerna, moimi ulubionymi słodyczami były kiełbasa i kotlety. Ostatnimi czasy jednak mój kontakt z mięsem był ograniczony do wędliny na kanapkach i do kabanosów na górskich trasach. A obiady mięsne to u rodziców kilka razy w roku lub na wyjeździe, gdzie wyżywienie jest zapewnione i nie mamy wpływu na menu. Ot i tyle. Zatem nie rezygnacja z mięsa jest tutaj największą trudnością.

A co jest trudnością? Czy w ogóle należy rozpatrywać to w kategorii problemu? Przecież zmiana jest wyraźnie fajna, ciekawa i kolorowa, więc dlaczego powinnam cierpieć?  Otóż to, ja wcale nie cierpię… no może raz czy dwa, kiedy zostałam poczęstowana czekoladą mleczną to mi się tak tęskno zrobiło, ale poza tym nie odczuwam specjalnie braku mięsa, nabiału czy jajek… Weganizm zmusza nas do kreatywnego gotowania, zależy nam,  żeby posiłki były nie tylko wartościowe ale również smaczne i ładnie wyglądały. Wymaga to czasem trochę więcej pracy, więcej poświęconego czasu, ale z pewnością jest to inwestycja, która nam się zwróci.

Co się zmieniło?

Ponieważ bardzo często nasze obiady bywały już „prawie” wegańskie to czasem drobna zmiana np. masła na olej roślinny zweganizowała nasze posiłki bez drastycznej zmiany smaku. Na pewno za to zmieniły się śniadania i drugie śniadania. Zamiast jogurtu z płatkami jest kasza jaglana z owocami, a kanapki z twarożkiem lub żółtym serem zostały zmienione na kanapki z pysznymi warzywnymi pastami. Do pracy nosimy sobie różne pyszne rzeczy, np. soczewicę z kaszą lub sałatki i to jest chyba najbardziej wartościowa i zauważalna zmiana w naszym sposobie odżywiania, która raczej zagości w naszym życiu na stałe.

Co mi się podoba?

Podoba mi się świadomość, że zdrowo się odżywiam. Że moje posiłki są przemyślane, a nie przypadkowe, tak aby tylko coś wrzucić na ruszt, choć oczywiście tak też czasem można, weganizm to nie więzienie, jak się człowiek uprze to i różnych śmieci też się można najeść ;-)  Ale póki co pizza wegańska smakowała mi bardziej niż tradycyjna, tortille z falafelem rzuciły na kolana, a pasty do chleba, zwłaszcza baba ghanoush (pasta z pieczonego bakłażana) i pasta z pieczonej papryki z orzechami to czysta poezja i zdecydowanie większe bogactwo smaków niż najlepsze nawet wędliny.

Cały czas piejemy z zachwytu nad książką i blogiem Jadłonomia. I jest to całkowicie szczery zachwyt i jak najbardziej zasłużony, bo przepisy pani Marty są doskonałe w swej prostocie i smaku. Póki co lecimy z przepisami z Jadłonomii i nasze brzuszki czują się dobrze :)

Co mnie nie zachwyca?

Muszę powiedzieć, że nie zachwyca mnie (i to jest spory eufemizm) mleko roślinne, w sklepach sprzedawane jako napoje sojowe/ryżowe/kokosowe. Mleka tradycyjnego z całego serca nienawidzę, myślałam, że może roślinne mnie do siebie przekona, ale niestety. Na surowo nie dam rady skonsumować i tak jak zwykłe mleko zostaną one jedynie dodatkiem do gotowania.  No i jestem również na etapie poszukiwania dobrego wegańskiego ciasta. Ale takiego naprawdę super, nie takiego co to „jak na wegańskie to może być”. Na razie jedna szarlotka okazała się być niewypałem, ale murzynek jest już całkiem dobry i chyba dla laika nie do odróżnienia od „normalnego”.

Za czym tęsknię?

Powiedzmy szczerze: jeśli za czymś tęsknię to za masłem i śmietaną. Nie za jogurtem, nie za serami, a za mięsem to zupełnie nie.  Jest to oczywiście to przeżycia, do zastąpienia i nie jest niezbędne do życia ani gotowania,  ale tak jak nie racjonalizuje się tęsknoty za człowiekiem, tak i śmietana zawsze będzie miała miejsce w moim sercu ;)

Inna sprawa, że stosując zamienniki człowiek musi oduczyć się porównywać. Że tofucznica to nie to samo co jajecznica, że  parmezan z migdałów tak średnio przypomina to, co znamy pod nazwą parmezan. Musimy mieć świadomość, że jest to porównanie umowne i niech takie pozostanie, bo nikogo nie oszukamy tofucznicą i nikt nie pomyli majonezu wegańskiego z tradycyjnym :)

Monia

Co dalej? Ciąg dalszy nastąpi. W końcu to dopiero półmetek…

Poniżej kilka z naszych domowych produkcji. 

Zaczynamy piątek od energetycznej jaglanki z owocami. A jutro weekend :) #vegan #power

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Mirosław Gucwa (@tycjan)

Spaghetti z tofupulpetami… mniam, to naprawdę jest świetne :) #jadlonomia #vegan

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Mirosław Gucwa (@tycjan)

Przyznaję, uwielbiamy zupy. Dzisiaj marchewkowa z masłem orzechowym, cynamonem, imbirem i chilli #mniam

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Mirosław Gucwa (@tycjan)

  • http://hexstudioapps.com/ Marcin Krupiński

    My z Agą szykujemy się do jakiegoś tygodnia (może więcej) wegetariańskiego – trochę nas zainspirowaliście (ale już wcześniej o tym rozmawialiśmy)
    I tylko krótki komentarz: nic dziwnego, że największą zmianę poczułeś przy lunchach, bo jogurt i płatki nigdy nie będą tak dobrze smakować jak przygotowany posiłek. Gdybyś wcześniej przygotowywał sobie sam wegetariańskie lunche, to pewnie też byś wielkiej różnicy nie poczuł – tak jak w przypadku śniadań i reszty posiłków? Więc zaryzykuję stwierdzenie, że dieta wegetariańska jest tak samo dobra i tak samo dobrze byś się po niej czuł, o ile zrezygnujesz z musli / płatków i jogurtu na lunch?

    • http://tymczasem.in Mirosław ‚Tycjan’ Gucwa

      Ja tam nic do jogurtu i płatków nie mam jako takich, bo to genialny wynalazek. Co do typu posiłków, to masz rację i tak zresztą napisałem. Na podsumowania i takie stwierdzenia, to przyjdzie czas za dwa tygodnie, ale na razie faktycznie z mojej strony nie czuję tego za mocno. Dieta wegetariańska jest świetna i nigdy nie powiedziałem i nie powiem, że jest inaczej, ale czy lepsza, to każdy musi zdecydować sam. Na pewno podobnie jak i wegańska dla mnie, tak i wegetariańska dla Was bezie zbiorem wyrzeczeń. Trzeba się tylko zastanowić, czy tego chcemy i czy jest to nam potrzebne. Ja zachęcam do spróbowania, bo na pewno nic nie stracicie :)

  • http://ciekawegry.wordpress.com/ Palladinus

    Bardzo ciekawie. Pewnie z paru przepisów skorzystam, ale z mięsa nie rezygnuję. Co mnie ciekawi to właśnie porównywanie do potraw niewegańskich. Możnaby rzec, że to jednak ukryta tęsknota za mięsem (pewnie podświadoma) , bo przecież wyraźnie szukacie zamienników.
    A czy te wegańskie potrawy są sprawdzone pod względem odżywczym czy tylko smakowo-estetycznym?
    I oczywiście gratuluję wytrwałości, zwłaszcza Moni.

    • http://tymczasem.in Mirosław ‚Tycjan’ Gucwa

      Ja naprawdę za mięsem nie tęsknię, bo ja nie jem go już od ponad dwudziestu lat. Ze pojawiają się takie nazwy potraw nawiązujące do potraw mięsnych, to tylko pewnie z językowych potrzeb człowieka do myślenia o czymś znanym. Dlatego są mleka roślinne, pasztety, wędlin, parówki, bigosy i grochówki „jak prawdziwe”. Przecież nie odmawiał bym sobie czegoś bez przyczyny, jakbym miał za tym tęsknić.
      Z takimi udowadnianiem podświadomej tęsknoty i udowadnianiem jej sensu często się wegetarianie spotykają ze strony jedzących mięso, ale nie wiem czemu to ma służyć, skoro to tylko słowa/nazwy określający pewien stan dania. Porównujemy je, bo wiemy, że głównie będą nas czytać osoby jedzące mięso i to pewnie ich będzie interesować. Dla mnie tak tofucznica, to nie namiastka jajecznicy, tylko nowy smak tofu na ciepło. Wszystko to kwestia sposobu patrzenia na to :)
      Co do wartości odżywczych, to teraz możesz być bardziej pewien zdrowej kuchni bezmięsnej niż obecnej mięsnej prowadzonej na typowych mięsach i wędlinach powszechnie dostępnych w sklepach, gdzie mięso zwiększa „magicznie” swoją objętość, a antybiotyki nie tylko działają na żywe zwierzęta. Nie jestem zwolennikiem eko mody i kupuję wszystko zwykle w normalnych sklepach, bo eko sklepy zdzierają niewspółmierną kasę za swoje towary w stosunku do ich wartości, a to jest moim zdaniem świństwo. Jestem jednak pewien, że warzywa, owoce, kasze, mąki i strączkowe, są bardziej zdrowe. Powiedz mi czy obiad mięsny jest odżywczy i zdrowy? Moje wyniki badań nigdy nie mówiły mi, że coś ze mną nie tak i jeszcze żaden lekarz nie miał zastrzeżeń do tego co i jak jem. Nie narzekam też na swoją kondycję fizyczną i mogę nawet powiedzieć, że mam ją lepszą niż wielu moi znajomych jedzących mięso, nie to nie tylko w moim wieku. Z wegańskim jedzeniem pewnie jest tak samo jak z wegetariańskim, tylko trzeba dbać bardziej o różnorodność. Myślę, że jakbyś jadł cały czas kotleta z ziemniakami, to tez by Ci to na dobre nie wyszło. Jeżeli jesz z głową, to wszystko może być zdrowe.
      Do tej pory jeszcze nawet ni zahaczyłem o „wytrwałość”, bo nie czuję żebym coś robił z na siłę. Monia faktycznie coś ma z tą śmietaną :) U mnie może tez to łatwiej przychodzi, bo ja lubię eksperymentować w kuchni, więc inne smaki mnie ciekawią.

      • http://ciekawegry.wordpress.com/ Palladinus

        W żadnym wypadku nie podważam i nie deprecjonuję Twojego wegetarianizmu czy, w tym wypadku, weganizmu. Wbrew pozorom jestem bardzo tolerancyjnym człowiekiem ;) Gdyby Ci ta dieta nie służyła, to pewnie byś jej nie stosował, bo z tego co widzę, nie idzie za nią jakaś konkretna ideologia.
        Tym bardziej dziwi mnie takie nazewnictwo jak kotlet sojowy, ale może to tylko ja, bo również mam dreszcze jak ktoś wspomina o herbacie miętowej, choć z herbatą nie ma to za wiele wspólnego.
        Nie mam złudzeń, że dania mięsne są zdrowsze czy lepsze, bo jak piszesz, zależy to od samego produktu jak i sposobu przyrządzania. Zastanawiam się tylko, czy właśnie dania z weg- na początku (a raczej ich przepisy) są komponowane w bardziej przemyślany sposób, gdyż to z pewnością byłby argument za tą kuchnią.

        • http://tymczasem.in Mirosław ‚Tycjan’ Gucwa

          Ale akurat kotlety, to od dawana są tylko mięsne. Od zawsze pamiętam kotlety jajeczne, a potem z boczniaków. Ja się tam nazewnictwem nie przejmuję i jak chcesz mogę na to mówić nawet „placki” :) O Yerba mate tez mówi się herbata, a z herbatą to nie ma nic wspólnego. Podobnie są, tak jak wspomniałeś, herbaty ziołowe… Jacek, czy nie mamy większych zmartwień niż nazewnictwo potraw? :)
          Co do przemyślenia składu potrawy przy ich robieniu, to raczej wątpię. Wprawdzie są blogi podające wartości odżywcze przy przepisach, ale czy ktoś na to patrzy? Wątpię. Tak samo zresztą jak przy przepisach mięsnych. Utarło się, że jak w daniu jest mięso i surówka, to takie danie jest mega zdrowe i odżywcze, ale czy tak jest i czy zawsze jest surówka, to nie wiem ;)